Lata wyrostka
W 13-tym roku życia rozstałem się z pastwiskiem, a zostałem do roboty w polu i koło domu. Gdym miał lat 15, umarła nam matka po krótkiej chorobie na zapalenie płuc w 33-im roku życia, a przedtem dziadek Józef Gierczyk, dożywszy prawie 70 lat, i odtąd chowaliśmy się dalej już tylko pod opieką babki i nieżonatego jeszcze stryja Jacka, który był naszym opiekunem i od śmierci ojca gospodarował na naszym gruncie.
Jak zapamiętałem, całe gospodarstwo było zawsze głównie na głowie babki, Kunegundy z Miśkiewiczów. Do niej należał zarząd domu, ona szła do urzędów, płaciła podatki, załatwiała sprawunki w mieście, na jarmarkach. Ojciec mój i matka nie zaczęli jeszcze samodzielnie gospodarzyć, a dziadek, z natury bardzo spokojny, cichy, nie łakomy na cudze, oddawał się głównie pracy w polu i koło domu.
Oboje byli bardzo pobożni, prawie dzień w dzień chodzili do kościoła OO. Dominikanów a corocznie pod jesień, na Pocieszenie, na odpust do Radomyśla nad Sanem. Babka do dnia i w dzień przy pracy śpiewała godzinki i pieśni nabożne, a wszystko z pamięci, bo czytać nie umiała. Żyli z sobą zgodnie, a w domu nie było swarów i kłótni, wódkę, jeżeli pili, to w miarę, nigdy nie upijali się.
Nadto babka była w okolicy głośną lekarką bydła, wzywali ją, gdy krowa zasłabła, nie mogła się ocielić i t. p. Przyjeżdżali po babkę furmankami o kilka mil, także i ze dworów. Raz jeździła do Wrzaw, do dworu barona Horocha. Dr Babirecki w Tarnobrzegu także ją cenił. Ze dworów brała wynagrodzenie w ziarnie, od chłopów poczęstunek. Była bardzo oszczędna i miała zawsze gotówkę w domu.
Od czasu, jak przestałem pasać, pomagałem w gospodarce, należało wtedy do mnie jako wyrostka poganianie przy orce, włóczenie, radlenie, robota przy sadzeniu, ogrzebywaniu i kopaniu ziemniaków, przy zbiorze siana i żniwie, przy wywózce nawozu i t. d.
Przytem noc w noc trza było jechać z końmi na pastwisko lub w swoje pole i spać przy nich bez względu na to, czy była pogoda lub niepogoda. Za posłanie służył jedynie worek próżny, który zresztą nie każdy miał z sobą, pod głowę uzda, na której się konie przyprowadziło. Legowisko musiało się kilkakrotnie w nocy zmieniać, bo za każdem przebudzeniem się trzeba było konie nawrócić i znowu kłaść się przy nich. Mogę tedy powiedzieć, że na pastwisku nie było kawałka ziemi, na którymbym nie spał, w ciągu tych lat, jak z końmi na nocną paszę jeździłem.
W zimie zaś przychodziła młocka, rznięcie sieczki, zadawanie bydłu paszy, czesanie koni, nadto przyczyniało się mąkę na chleb, i kaszę jeczmienną i jaglaną nie tylko na zimowe miesiące, ale i na całe lato, — słowem, lata wyrostka spędziłem bardzo pracowicie.
07.04.2008. 00:00