Śmierć ojca
Od szóstego roku życia zacząłem pasać na pastwisku: trzodę, krowy i konie. Wówczas było to w zwyczaju, że z każdego domu musiał być pastuch, chłopak lub dziewczyna. Jeśli ktoś nie miał własnego dziecka, zdolnego do pasania, trzymał służącego-pastucha. Żadnego dziecka wsiowego pasanie nie minęło, każde musiało to przeterminować.
W 10-tym roku życia straciłem ojca, który w sile wieku zginął tragiczną śmiercią, wracając nocą po Trzech Króli z za Wisły razem z sąsiadem Franciszkiem Mortką. Pamiętam, jak tej nocy przyszli do naszego domu strażnicy austrjaccy, którzy pilnowali granicy od przemytników, obudzili dziadka i pytali się, gdzie jest podwójci, t. j. mój ojciec, ile ma dzieci i t. d. Ojca w domu nie było, więc się kazali prowadzić do wójta, gdzie zażądali podwody do Wisły. Gdy podwoda pojechała na wskazane miejsce, znaleźli ojca, leżącego bez życia na brzegu, a Mortka ciskał się jeszcze po ziemi. Zabrali obu do domu: najpierw zwłoki ojca, a potem Mortkę na drugi wóz. Ojca złożyli u nas w izbie na ziemi na prostej słomie. W domu było wiele płaczu i lamentu.
Była to nocna sprawa i trudno było dociec, w jaki sposób ojciec zginął. Strażnicy tłumaczyli się, że tak ojca jak Mortkę znaleźli nad brzegiem Wisły, żywych, ale nie mogących iść o własnej sile, dlatego ich odeszli i udali się na podwodę. Powszechne jednak przekonanie było takie, że ojciec razem z Mortka powracali z Radowęża krypą, — bo Wisła wtedy nie była zamarznięta, — że krypa na środku rzeki się wywróciła, a oni chwyciwszy się jej końców, płynęli dalej zanurzeni w wodzie i wołali o ratunek. Gdy dobili do brzegu o tej stronie, natknęli się na zwabionych tem wołaniem strażników granicznych, którzy tak do ojca jak do Mortki mieli złość za przemytnictwo, bo nieraz były sprzeczki i bitki między strażnikami i przemytnikami. A chociaż wtedy ojciec i Mortka wracali z chrzcin od brata i szwarcunku żadnego nie wieźli, strażnicy rzucili się na nich i bili. O tem pobiciu świadczyły znaki, czyli sińce na ciałach, nadto przy sekcji zwłok ojca, odbytej na cmentarzu, stwierdzone było rozbicie czaszki, zapewne wskutek uderzenia piętą od gwera, a co według strażników miało pochodzić od uderzenia głową w krypę. Mortka początkowo odmawiał w tej sprawie zeznania, dopiero przed śmiercią wyjawił, że zostali przez strażników pobici. Strażnikom owym uszło to wówczas bezkarnie. Byli wprawdzie przyaresztowani do śledztwa, ale wnet zostali uwolnieni i tylko przenieśli ich gdzieindziej, bo w Dzikowie było na nich wielkie oburzenie.
Pozostało nas 6-ro dzieci sierotami, z tego dwoje najmłodszych pomarło w niespełna dwa lata po ojcu, a chowało się nas dalej czworo pod opieką matki i dziadków Gierczyków.
06.04.2008. 23:57