Hodowla i ceny koni, krów, trzody i drobiu
Hodowla inwentarza była dawniej bardzo licha, koło koni chodził gospodarz albo parobek, i o nie jeszcze najwięcej dbali, krowy zaś, trzoda chlewna i drób zdane były wyłącznie na opiekę gospodyni, która, jeśli miała dziewkę, to się nią przytem wyręczała.
Co najlepsza pasza, jak siano, koniczyna, owies z sieczką, ciarachy, plewy3, była tylko dla koni, - krowy zaś dostawały tylko czystą słomę z żyta, pszenicy, jęczmienia, owsa, a prośniankę zadawali im dopiero na wiosnę, gdy się ocieliły. Jeżeli zaś gospodyni chciała im kiedy zarzucić za drabinę lepszej paszy: siana czy koniczyny, to czyniła to ukradkiem, żeby tego gospodarz nie widział, bo się bardzo o to złościł i gniewał, - również i parobek pilnował, żeby gospodyni paszy koniom "nie porywała" i nie uszczuplała, bo mówili, że "koń ciągnie i robi, to musi lepiej zjeść, a krowa nie idzie do zaprzęgu, - stoi tylko i żre". Chociaż i konie w zimie stały przeważnie na stajni, i zazwyczaj wyjeżdżali niemi tylko po drzewo do lasu, - ale gospodarza to cieszyło, gdy je ze stajni wypędził i ładnie mu po oborze4 brykały.
Zupełnie nie rozumieli tego, że z hodowli krów jest większy pożytek, niż z koni. Ale i krowy chować lubili, dbali o to, żeby ich mieć dużo, przysadzali cielęta, ale cóż z tego, skoro cztery, pięć krów nie dawało w zimie więcej, niż kwartę mleka i gospodyni narzekała, że nie ma czem barszczu podbić. Na wiosnę, gdy wychodziły na pastwisko, bo się słaniały od wiatru, nieraz się przewracały i nie mogły się same podźwignąć, i trzeba było je podnosić, a boki miały oblepione zeschniętym gnojem, że nie znać było sierści. Dopiero w lecie na pastwisku, jak się leniły, łajno odłaziło z sierścią zdardami i skóra była goła i na nowo sierścią porastała. Wtedy pobierały się i dawały więcej mleka, tak, że go już w domu nie brakowało.
W owych czasach częściej u komornika, niż u gospodarza trafiała się krowa ładniejsza i mleczniejsza, bo komornik nie chował koni i więcej o krowę zadbał, ale sąsiedzi przypisywali to zawsze czarom i komornicę nazywali czarownicą.
Świnie chowały się głównie poza domem: od wiosny aż do jesieni na pastwisku, a po zbiorach w polu; - nadto świnie dzikowskie żywiły się też latem i zimą w mieście. W domu dodawano im w lecie tylko pomyje do picia, t. j. wodę, w której naczynia po jedzeniu były pomyte, - w zimie do tego trochę plew, przymaszczonych mąką lub ziemniakami. Karmiki, pasące się w chlewiku na zabicie, dostawały przez cztery do pięciu miesięcy ziemniaki gotowane, tłuczone, z domieszką ospy jęczmiennej.
Rasa świń była jedna tylko, swojska, ostrej kości, porosła grubą i wysoką szczeciną. Szczeć tę po zabiciu karmika kupowali bardzo chętnie żydzi, płacąc za nią z dobrej sztuki najmniej półtora reńskiego. Toteż świni, mającej ładną szczeć, nie darowali pastuchy na pastwisku, ale ją wyskubywali na grzbiecie i sprzedawali żydom lub szewcom do szycia butów.
Ogiery, buhaje i knury chodziły razem z bydłem na pastwisku, więc klacze, krowy i świnie tam się stanowiły, i żaden prawie gospodarz nie chodził z niemi do rozpłodnika i nie płacił za to, a często nawet nie wiedział, czy jego klacz, krowa lub świnia jest zapłodniona. Trafił się czasem gospodarz, że nie puszczał rozpłodnika na pastwisko, żeby mu się nie psuł, - takiego nazywali zazdrosnym i mało tam prowadzili, bo zresztą były inne rozpłodniki na pastwisku.
Drób, t. j. gęsi, kaczki i kury były w każdym domu chętnie chowane przez gospodynie i może w większej ilości niż dzisiaj. Ale i one były tylko jednego, swojskiego gatunku.
Chów gołębi i królików był u gospodarzy rzadkością, a jeżeli trafiły się, to zajmował się niemi najczęściej chłopak lub wyrostek, który się musiał z tym inwentarzem dobrze ukrywać przed starszymi, bo nierzadko za ten chów dostał w skórę. Uważano powszechnie, że chowanie gołębi i królików to pańskie bawidło i grymas, i poważnemu gospodarzowi nie przystoi zaprzątać sobie tem głowy.
W tym czasie, jak zacząłem na swoją rękę gospodarzyć, ceny inwentarza żywego były jeszcze bardzo niskie. Najlepszego konia chłopskiego można było kupić najwyżej za 30 złr., gdy dzisiaj trzeba dać za niego 200 zł; lichego można było kupić za 5–10 złr., gdy dziś trzeba zapłacić 40–60 zł, bo juz tańszego dzisiaj nie dostanie. Za krowę kto wziął 25 złr., to mówili, że "nabrał dużo pieniędzy"; za cielę tygodniowe brało się 80 grajcarów do półtora reńskiego.
Karmika pasionego można było wtedy kupić za 30 złr., gdy dzisiaj trzeba dać 160–200zł; samorę chudą do chowania kupowało się za 15–25 złr., za którą dziś płacą 120–150 zł; prosię ssące 4-tygodniowe kupił za 1–2 złr., a bywało, że gdy nazganiali dużo prosiąt na jarmark, to i taniej, za bezcen, nie można ich było sprzedać, - a dzisiaj płacą za takie prosięta 16–30 zł.
Miałem n. p. Raz, koło roku 1870, prosięta od trzech samor, ładne wieprzaki, a trudno było je sprzedać. Żona namawiała krewnych i sąsiadów, żeby je rozkupili po 50 centów, jednak i tej kwoty nikt nie chciał dać, więc zarzynało się po jednemu na domową potrzebę. Dzisiajby za takie prosięta brało się z łatwością po 16–20 zł.
Za gęś płacili dawniej 50–60 ct., dzisiaj trzeba dać 4 do 5 zł. Kurę kupił za 20–30 ct., dziś dają 2 do 3 zł. Cena jajka kurzego była 1 cent albo 1½ centa, dzisiaj 8–10 groszy.
Podałem powyżej tak dawniejsze, jak i dzisiejsze ceny wiejskiego inwentarza żywego, bo, jakie były ceny na obszarach dworskich, nie mam o tem dokładnych wiadomości.
16.04.2008. 23:29