Narzędzia rolnicze
Nie było dawniej takich, jak są teraz, narzędzi rolniczych. Pług był z deską drewnianą. Gdy w gruncie był perz albo mokro i wogóle, gdy grunt był ciężki, to jeden albo dwóch ludzi musiało pług taki z wielką forsą trzymać, a jeden czterema końmi poganiał. Za dzień przy wielkim wysiłku dało się zaorać ledwie pół tego, co się zorze dzisiejszym pługiem; więc jeżeli dawnym, drewnianym pługiem zorał na dzień pół morga gruntu, to dzisiejszym można zorać jeden mórg tej samej gleby, — z tą jeszcze różnicą, że gdy do dawnego pługa zaprzęgał gospodarz 4 konie i zatrudniał dwóch albo trzech ludzi, to dzisiaj w tej samej glebie zaprzęga 2 konie przy jednym człowieku. A w lżejszej glebie, gdzie pierwej musiał orać na dwa konie, dziś orze w jednego.
Po lasach zamiast pługa używaną była socha, podobna do radła, którą oracz trzymał w rękach i zapuszczał w rolę na różną głębokość według potrzeby.
Brony także były liche, z małymi gwoździami. Zamiast dzisiejszych żelaznych »pazurów« do czyszczenia gruntu z perzu było radło czyli drewniany osęk, którym się grunt radliło czyli "hakowało".
Do młócenia zboża używane były tylko cepy, a czyszczenie zboża odbywało się przez wianie w ten sposób, że na boisku w stodole przy otwartych drzwiach rzucało się ziarno szuflą po wiatr. W ten sposób oddzielało się ziarno od plewy: najcięższe ziarna padały najdalej, lżejsze bliżej, plewy pod nogi wiejącemu. Młocarnie i młynki do wiania wcale nie były znane. Sieczkę rznęło się w skrzynkach ręcznych, a co parobek lub gospodarz urznął wtedy przez cały dzień, to teraz przy sieczkarni korbowej ma się za pół godziny.
W całej gminie nie było wozu, na którym byłoby choć za 1 zł. żelaza. Cały wóz był »bosy«, t. j., nie kuty, skrępowany wiciami brzozowemi. Na dowód, jak mało był ceniony, przytoczę fakt, że gdy wóz taki, odziedziczony po dziadku, sprzedałem szewcowi w Tarnobrzegu, Ignacemu Zdyrskiemu, ten za to po długim targu zgodził się podszyć mi proste buty, co wtedy mogło przedstawiać wartość 1½ reńskiego.
Kto się wybierał w drogę takim wozem na 2 lub 3 mile, musiał mieć maźnicę, uwiązaną w tyle u wozu, do smarowania osi drewnianych, gdyż inaczej wóz piszczał i nie dało się jechać. Prócz tego brał ze sobą gruby drąg i sochę na windugę, konieczną przy smarowaniu wozu, gdyż własną siłą nie można go było ulżyć.
Gdy kto jechał przez wieś, a miał osie nie nasmarowane i wóz mu skrzypiał wołali za nim:
"Sprzedaj woły — kup se smoły!"
Dopiero po pańszczyźnie zaczęły nastawać wozy żelazne, t. j. mające koła okute w żelazne "rafy" czyli obręcze, ale osie były jeszcze drewniane. Potem nastawały wozy mające i osie żelazne. Na razie który gospodarz wóz taki sobie sprawił, był nazywany "bogaczem" i budził wielki dziw w gminie.
Jednym słowem, nie miał nikt podobnych do teraźniejszych narzędzi rolniczych, tak do uprawy gruntu, jako też do innych potrzeb gospodarczych.
16.04.2008. 23:15