Flisactwo
Zarobek zamiejscowy dawało głównie flisactwo. Jak daleko pamięcią w dawniejsze czasy sięgnę, flisactwo było w rozwoju i nie było prawie jednego dnia, żeby flisy czyli oryle nie płynęli Wisłą koło Dzikowa, a nawet często zatrzymywali się tutaj, ażeby sobie nakupić żywności w Tarnobrzegu. Najwięcej płynęły Wisłą tratwy, zbite z wyborowego drzewa sosnowego, na którem wieźli dębinę także najlepszego gatunku, a czasem zboże, jak pszenicę, żyto i jęczmień.
Każdy transport tratew zawierał kilkanaście tysięcy sztuk drzewa i kilkaset worków zboża, a prócz tego prawie każdego dnia przepływały Wisłą galary i t. zw. berlinki, również naładowane zbożem, a nadto solą »lodowatą«, czyli kamienną z Wieliczki i Bochni. Szło to po największej części aż do ujścia Wisły, do Gdańska.
Na flis szło stąd tyle ludzi, ile później wychodziło do Prus i Ameryki, z tą tylko różnicą, że na flis szli tylko mężczyźni. Wychodzili z domu zazwyczaj wczas na wiosnę, a wracali późną jesienią, więc mówiło się. że "flisak wychodzi po lodzie i wraca po lodzie".
Ale na flisactwie wychodziło wielu tak, jak teraz wychodzi niejeden na Prusach. Kto przez parę łat chodził na flis, to się często przeistaczał na łobuza i pijaka, choćby w domu był porządnie wychowany. I grosza najczęściej do domu nie przynosił, najwięcej tym się usprawiedliwiając, że go okradli… Ale zato przynosili z sobą dużo robactwa i sami o tem mówili. że »wesz orylska to się z wroną na tratwie bije«… U niejednego przygłuszało się poczucie człowieka, bo przez całe lato nie widział kościoła, nie słyszał kazania, a obijały mu się o uszy przekleństwa i bezwstydne słowa, nadto przy powrocie do domu była wielka poniewierka i rozpusta, bo z braku kolei trzeba było od samego Gdańska powracać pieszo, żywić się i nocować po karczmach.
Toteż i stosunki domowe oryla były często niewesołe, co maluje najlepiej następująca śpiewka orylska:
Oryl pije, oryl traci.
U oryla płaczą dzieci,
Płaczą dzieci, płacze żona.
Bo oryla w domu niema.
Pośrednictwem w zamawianiu flisaków trudnili się żydzi, za co flisacy donosili im często jaja, drób itp., jeżeli kto chciał wcześniej wyjść na flis.
W Tarnobrzegu takimi pośrednikami flisackiemi byli Josek i Naftula, a tacy mniejsi byli w związku z większymi faktorami w większych miastach. Zgoda była za kontraktem od "ryzy", t. j. za odstawienie drzewa, zboża i innych materjałów na przeznaczone miejsce do Warszawy, Gdańska i t. p. to się nazywała odbyta ryza. Jako zapłatę otrzymywali "strawne" czyli wikt tygodniowo, t. j. oznaczoną ilość chleba, słoniny, kaszy i t .p.; a później, zamiast tego pobierali pieniądze, za które wikt sobie kupowali. Osobno za dostawienie w przeznaczone miejsce otrzymywali t. zw. myto. Kto trafił na dobrą ryzę, t. j. na wodę donośną, i nie miał żadnego wypadku, to więcej zarobił, bo odbył przez lato więcej ryz.
Komu dobrze poszło, a do tego był oszczędny i sprawował się na flisie porządnie, przynosił do domu średnio około 50 złr., a w najlepszym razie 100 złr. Gdyby kto więcej przyniósł, to mówili o nim drudzy, że musiał kogo okraść lub ograć.
Koło r. 1895 flisactwo upadło prawie ze wszystkiem w paru latach. Przyczyniły się do tego, po pierwsze, koleje żelazne, które dotarły już do każdego kąta i przewożą, gdzie potrzeba, zboże i inne produkty, a powtóre także to, że z Galicji najlepszy stan drzewa spławiony został za granicę i drzewo u nas niesłychanie podrożało.
Dziś sąg drzewa na opał kosztuje 60 zł. i więcej, a metr sześcienny drzewa budowlanego około 25 zł., i to jeszcze do budowy można teraz kupić tylko same braki, młode, ulegające grzybowi. To też kto się w tych czasach buduje, rzadko się trafia, żeby w domu nie miał grzyba gryzącego drzewo i zdrowie mieszkańców. Tak się Galicja wygospodarowała z lasami.
21.04.2008. 22:58