Furmanienie
Przed nastaniem kolei kilku gospodarzy pod Tarnobrzegiem trudniło się zawodowo furmanieniem. Najwięcej bywało takich furmanów w Miechocinie. Przywozili oni towary z Tarnowa, gdzie były większe składy towarowe, i przewozili ludzi, słowem, zastępowali dzisiejszą kolej. Mieli już do tego silniejsze wozy żelazne i konie lepsze, lepiej żywione. Do furmanek tych byli stale najmowani przez kupców żydowskich. Zgoda była od cetnara: ile towaru, albo osób miał woźnica brać tam i z powrotem, — żyd miał dostarczyć koniom siana i owsa, a jeżeli woźnica swoje dawał, to mu zwracał za to pieniądze. Zarobek wynosił 10–12 reńskich, ale woźnica był za to w drodze prawie cały tydzień, bo wyjeżdżał w niedzielę wieczór, a wracał przed szabasem albo po szabasie. Był przez ten czas o swoim wikcie, brał z domu chleb i coś do chleba.
Zarobek ten był ostatecznie lichy, bo gospodarz wywoził z domu siano, nawóz, gospodarstwo jego było opuszczone, bo gościem był w domu, przytem miał ciągłą sposobność do pijatyki w karczmach przydrożnych. Nadto była to wielka poniewierka, bo jechał dniem i nocą po lichej drodze, nie wyspał się, nie zjadł regularnie warzy, a wódkę »na zagrzewkę« ciągle popijał, czasem przemarzł i zdrowie stracił. Toteż ci zawodowi woźnice źle najczęściej na tych zarobkach wychodzili, popadali w długi i tracili gospodarstwa nawet najtężsi gospodarze. Ale zawodu tego nie porzucali, przyzwyczajali się do niego, jak pijak do wódki.
Czasem furman nic nie zarobił, bo go w drodze okradli, musiał jeszcze dopłacić. Na takich przejezdnych z towarami czatowali rabusie, zwłaszcza po lasach, i nawet jeden woźnica nie puszczał się w drogę, ale łączyło się ich kilku i uzbrajali się w pały i widły.
Jak na takie wozy czyhali różni rzezimieszki, może za dowód posłużyć następujące zdarzenie, o którem opowiadał mi Świątek z Miechowa, który był takim furmanem.
Razu jednego, gdy był w Tarnowie i miał na noc odjeżdżać z towarem, przyszła do niego jakaś dziewka miejska i prosiła, aby się mogła przysiąść do jednej z miejscowości po drodze. Gdy on się wzbraniał, że wóz obładowany i konie będą miały zaciężko, prosiła, żeby choć zawiniątko, jakie miała, mogła na furze położyć, a sama — jak mówiła — będzie szła koło fury, gdzie będzie gorsza droga. Świątek się w końcu zgodził, ona położyła zawiniątko na furze, a przepraszając, że jeszcze ma coś do załatwienia w mieście, oddaliła się i miała zaraz powrócić. Tymczasem chłop czekał i czekał, a ona nie wracała. Zbadał wtedy, jakie zawiniątko zostawiła i zobaczył, że było to dziecko nieżywe. Co z tem począć: do policji nie chciał tego zgłaszać, bo bał się, że go przy trzymają, będzie śledztwo i nieprędko odjedzie do domu, — więc użył innego sposobu. Wiedział, że gdy się od fury oddali, to zaraz zjawi się złodziej, który będzie chciał coś ściągnąć, — więc zostawił to zawiniątko na wierzchu i odszedł na bok, mając furę na oku. Ledwie się oddalił, przypadł znienacka jakiś drab, capnął owo zawiniątko i czemprędzej uszedł. Wtedy Świątek pospieszył do koni, podciął je i odjechał z Tarnowa. Tak pozbył się niemiłego zawiniątka i złodzieja oszukał.
Prócz tego były częste furmanki do Rzeszowa: stale z pocztą i po tytoń, nadto przygodne do tamtejszego sądu obwodowego, w sprawach wojskowych i t. p., wreszcie do Dębicy
Jak kolej miała nastawać, medytowali najwięcej ci furmani, że stracą zarobki, że nie będą mieli z czego żyć i t. p., tymczasem kolej okazała najlepsza: otwarła i ułatwiła związek z całym światem.
21.04.2008. 23:00