Garncarstwo
W tych samych mniej więcej wsiach, co wyrób naczyń drzewianych, było garncarstwo, t. j. wyrób garnków, misek, dzbanków, donic i t. p. Szczególniej byli garncarze we wsiach: Dęba (pow. tarnobrzeski), Poręba (pow. kolbuszowski), Stany (pow. niżański). Mieli tam garncarze glinę i drzewo do wypalania swoich wyrobów.
Była w tym robota podobna jak z cegłą, — tylko glina musiała być lepiej wyrobiona, nie mogło być w niej najmniejszej grudki, bo wystrzeliła i garnek nie dał się naprawić, piece były mniejsze i sklepione, a wypalanie ostrożniejsze, bo materjał był cieńszy i delikatniejszy. Towar był brany na targ od razu z pieca, gdyż wiele czasu zabierało wykładanie z pieca i układanie na furze.
Były to naczynia nie powleczone glazurą albo powleczone tylko po brzegach. Dostawiane były do Majdanu, Tarnobrzega i najbliższych miast, — największy targ na nie był w Majdanie. Lepsze i droższe, powleczone szkliwem, przychodziły z Krakowa Wisłą galarami i nazywały się "krakowiakami".
Garncarstwo dawało zarobek lichszy niż bednarstwo. Garnek, który trza było ulepić, wysuszyć, wypalić, kosztował zaledwie od jednego do kilku centów. Wiele się psuło, nawet już w drodze na targ, gdy n. p. fura się wywaliła, co wszystko garncarz przypisywał czarom, że "ktoś mu poradził". A jednak i z tego rzemiosła wiele ludzi żyło. Do ubóstwa garncarzy przyczyniało się najwięcej to, że — podobnie jak bednarze — sami swoich wyrobów w miastach nie sprzedawali, ale odstępowali je hurtownie na kopy żydom, którzy często towar naprzód zadatkowali, nim jeszcze był wyrobiony i wypalony. W Tarnobrzegu trudniło się tym handlem kilka rodzin żydowskich, mających sklepy w ratuszu i na boku, i powodziło się im bez porównania lepiej niż samym garncarzom.
21.04.2008. 23:16