Wapniarnia
Ale sprawa nie była łatwa, bo wtenczas nie było jeszcze do Tarnobrzega kolei, i kamień wapienny trzeba było sprowadzać Wisłą, a na spławianie nią musiało się mieć pozwolenie Dyrekcji skarbu we Lwowie; nadto Pancer trzymał w dzierżawie od hrabiego brzeg nadwiślański pod Dzikowem, gdzie zatrzymywały się galary z kamieniem wapiennym. Jednak sprawy już nie zasypiałem. Poszedłem do hrabiego z prośbą, żeby mi dał pozwolenie na skład kamienia wapiennego nad Wisłą, co uzyskałem, zobowiązawszy się płacić za to, podobnie jak Pancer, po 2 złr. od każdego galara. Wtedy napisałem do Dyrekcji skarbu we Lwowie i stamtąd także przyszło mi pozwolenie.
Skoro tak na miejscu sprawa była załatwiona, należało teraz jechać do Krakowa i kamień zakupić. Ale to był twardszy sęk dla mnie, bo w Krakowie nigdy jeszcze nie byłem, nie znałem tam nikogo, nie wiedziałem, z kim zawrzeć interes na dostawę kamienia. Pancerowi mogło to iść łatwiej, bo miał już wyrobione stosunki z Krakowem, mógł tylko list napisać, a dostarczyli mu galarami, co mu było potrzebne.
Dowiedziałem się jednak, że jest tam na Kaźmierzu kupiec Weinberg, mający skład materjałów budowlanych, które wysyła też galarami; – wziąłem więc adres do niego i wyjechałem do Krakowa: wozem do Dębicy, a dalej koleją.
Jednak, choć ja robiłem bez rozgłosu, Pancer dowiedział się o moich zamiarach. Ja w Krakowie wychodzę ze stacji, rozglądam się, – widzę Pancera; następnie gdzie się ja obrócę, – on idzie wszędzie za mną z tyłu. Boję się iść wprost na Kaźmierz, bo myślę sobie, że pójdzie za mną i cały interes zepsuje. Chodzę więc i rozglądam się po ulicach, ale ten wszędzie za mną. Żeby się go pozbyć, wszedłem do kościoła i modlę się dość długo; – wychodzę, – on czeka, a następnie idzie za mną. Poszedłem na nocleg, – wychodzę rano, patrzę, Pancer czeka przed domem noclegowym i śledzi mię dalej.
Wreszcie przystąpił do mnie, przywitał się i prosi na piwo. W piwiarni mówi mi, że wie, pocom do Krakowa przyjechał, – i prosi na wszystko, żebym od swego zamiaru odstąpił, żeby mu handlu nie psuć, przedstawiał, że mogę na tem stracić majątek, obiecywał, że mi już nie będzie odciągał odbiorców. Ja robiłem mu ostre wyrzuty, ostatecznie rozeszliśmy się z niczem, a w końcu zdołałem mu zniknąć z oczu i udałem się na Kaźmierz.
Weinberg przyjął mnie bardzo dobrze i przyrzekł interes załatwić jak najlepiej, bo na Pancera miał złość z czasów, kiedy był z nim w stosunkach handlowych. Zamówiłem na razie galar kamienia wapiennego, kilka beczek cementu i gipsu i, widząc, że kupiec jest porządny, dałem mu na rachunek 600 złr. Na to on zaprosił mię do swego prywatnego mieszkania, pokazywał pokoje, porządnie umeblowane, i rzecze do mnie: "Niech pan nie myśli, że dla pochwały pokazuję swoje gospodarstwo, – czynię tak dlatego, żebyś mię pan poznał i pojechał spokojnie do domu; – bo jak jestem kupcem, pierwszy raz mi się to przytrafia, że gospodarz, nie znając mnie, od razu powierza mi grubszą kwotę; w Krakowie dużo jest takich, którzy by w cztery oczy pieniądze odebrali ,i więcejbyś ich pan nie widział". Podziękowałem mu za dobre słowo i pożegnałem się.
Do domu wracałem też razem z Pancerem. W drodze zaczął się mnie żałować, że niepotrzebniem sobie parę reńskich stracił na podróż do Krakowa, na co mu odpowiedziałem, że wcale tego nie żałuję, bom Kraków widział. Nic zaś nie wiedział o tem, żem był u Weinberga i że zamówienie tam uskuteczniłem, tylko zauważył, że miałem nowy kapelusz. Gdy na drugi dzień spotkałem się w Tarnobrzegu z żydkami, ci mi opowiadali, że Pancer śmieje się ze mnie, że chłop chciał jemu kupcowi robić konkurencję, ale nie umiał, bo zaledwo potrafił kupić sobie w Krakowie kapelusz, bo do tego tylko zdatny. I tak śmiał się dalej.
Tymczasem nie zeszło dwa tygodnie, a tu kupiec Pancerów z Krakowa donosi, że Weinberg wysyła galar kamienia wapiennego na imię Jana Słomki z Dzikowa. Pancer wartę postawił przy Wiśle, a gdy galar się zjawił, zapowiedział, że do lądu przybić nie wolno, bo lądy on zadzierżawił. Ja wtedy śpieszę do Wisły i pokazuję kwit ze dworu, – leśni ustępują ze słowami: »Już wolno. bo jest kwit, podpisany przez samego hrabiego«. Pancer jedzie więc na komorę celną w Nadbrzeziu i prosi o zakazanie mi wyładowywania kamienia, – tam odpowiadają, że Słomka ma pozwolenie z Dyrekcji. Innej przeszkody nie mógł już znaleźć.
Więc na drugi dzień raniutko przychodzi do mnie do domu i prosi na bok na rozmowę. Wyszliśmy razem do ogrodu i siedliśmy na trawniku. Tu długo przekonywał mię, czegoby na kilku arkuszach nie spisał, żebym od handlu wapnem odstąpił, – nareszcie wyjął z kieszeni 300 złr., położył przede mną i rzecze: »Ma to pan za odstępne i nie rób mi pan konkurencji, a swoją drogą zapłacę też galar z towarem i wszystkie koszta wrócę panu do centa«. Ja się na to nie zgodziłem, mówiąc, że od nikogo nie lubię brać pieniędzy za darmo, to i od niego nie wezmę, więc on po krótkim namyśle dokłada jeszcze 100 złr. i dalej mnie przekonywuje, – potem dokłada jeszcze 100 złr.: "masz pan 500 złr." – powiada, – a gdy i tego nie brałem, wyjął w ostatku jeszcze 100 złr., kładąc je przede mną na trawie. Dodawał przytem: "Ale proszę, żeby nikt o tem nie wiedział, żem dał panu te 600 złr. i koszta zwróciłem, boby drugi pojechał do Krakowa, aby znowu dostać za odstępne parę stówek".
Ale ja ustąpić nie myślałem i powiedziałem, że im więcej dokłada, tem większą mam chęć do prowadzenia fabryki, – bo musi to być dobry interes, skoro wart tyle odstępnego. A wkońcu rzekłem: "Nie wezmę tych 600 złr. i od interesu nie odstąpię, żebyś się pan dowiedział, że chłop potrafi nie tylko kapelusz kupić, ale i co innego załatwić", i wtenczas przypomniałem mu to wyśmiewanie mię na mieście. Więc rozstaliśmy się stanowczo.
Ale przed rozpoczęciem wypalania czekała mię jeszcze jedna trudność. Zacząłem stawiać tuż przy Wiśle na swoim gruncie dwa małe piece wapienne i jednocześnie wniosłem do starostwa podanie o pozwolenie czyli koncesję na wypalanie tam wapna. Ponieważ miejsce było odległe od wsi prawie na kilometr, więc byłem pewny, że prowadzeniu tam fabryki nikt przeszkodzić nie może. Jednak i to nie było łatwym, jak się zdawało. Pancer bowiem namową i pieniędzmi skłonił prawie wszystkich, którzy mieli grunta w sąsiedztwie budujących się pieców, że wnieśli do starostwa sprzeciwy czyli protesty, że dym z fabryki będzie im plony wypalał i zarażał.
Wskutek tych protestów starostwo wyznaczyło komisję do zbadania sprawy na miejscu, i tu została załatwiona pomyślnie dla mnie. Najwięcej poparł mię jako rzeczoznawca Wojciech Kaliciński, ekonom z Wymysłowa, który udowadniał, że sąsiednie grunta nie będą odnosiły z fabryki wapna żadnej szkody, ale, owszem, pewną korzyść, bo popiół, zawarty w dymie, opadając na ziemię, będzie ją użyźniał. Drugi rzeczoznawca zgodził się na to samo. Wszczęła się sprzeczka między obecnymi, ale orzeczenia rzeczoznawców były decydujące, więc już bez zwłoki otrzymałem koncesję, a protestujący zostali odesłani na drogę prawa cywilnego. Jednakże żaden z nich zarzutów dalszych nie wnosił.
Przy wydawaniu koncesji starosta ówczesny Jakubowicz powiedział mi, że »koncesja z prawa mi się należy, bo miejsce pod fabrykę jest odpowiednie, a my Sybiru nie mamy, żeby tam fabryki stawiać«.
Więc zacząłem wypalać wapno, ale teraz czekała mię najcięższa walka. Pancer bowiem, żeby mię zniszczyć, zniżał ceny u siebie tak, że musiałem sprzedawać bez żadnego zarobku, on zaś w zaciekłości schodził nawet poniżej ceny fabrycznej.
Żeby sobie ułatwić konkurencję z nim, sprowadzałem wszystkie materjały, które on miał na składzie, więc nie tylko kamień wapienny, ale także cement, gips, węgiel kamienny, koks kowalski, sól wielicką. Każdego z tych towarów starałem się mieć bodaj trochę na sprzedaż, żeby Pancer nie głosił, że u niego jedynie jest coś do nabycia i nie zmuszał do kupowania u siebie.
Kamień wapienny przychodził mi spod Krakowa, gdzie przy Wiśle sąg kubiczny kosztował 8 złr., a ;z dostawą do Tarnobrzega 40 złr., bo sam galar kosztował 120 złr. i więcej, a w Tarnobrzegu można go było sprzedać na rozbiórkę najwyżej za 30 złr. Flisacy, dostawiwszy kamień, wracali do Krakowa pieszo.
W czasie walki konkurencyjnej z Pancerem ceny rzeczy, któremi handlował, spadły w Tarnobrzegu i okolicy prawie do połowy. Wapno, które przedtem Pancer sprzedawał po 3 złr. cetnar, spadło na 1 złr. 50 cnt., koks kowalski, sprzedawany dawniej po 1 złr. 50 cnt., spadł na 80 cnt. za cetnar i t. d.
Największy był odbyt na wapno i koks, najmniejszy na węgieł kamienny, który był używany na opał tylko w niektórych domach urzędniczych, ogół zaś ludności używał jedynie drzewa opałowego i węgłem kamiennym bał się palić. Wapno szło najwięcej na wielkie święta, na bielenie domów. Sprzedaż prowadziłem u siebie w domu przy pomocy dzieci i w dnie targowe miewałem nieraz wielką ciżbę ludzi na oborze. Wapno wysyłałem też na sprzedaż furą po wsiach okolicznych, dostarczałem go też w większej ilości na budowę kościoła w Padwi, do dworu w Grębowie i t. d.
Pancer robił mi konkurencję do ostatka, bo się zaprzysiągł, że mnie musi zgnębić i puścić – jak mówił – bez portek. Jednakże ja żyłem z gruntu i mogłem wytrzymać bez zarobku i handlu, on zaś żył tylko z gotówki, – walka więc, która trwała między nami przez pięć lat od r. 1883, skończyła się tak, że Pancer stracił gotówkę, jaką posiadał, i umarł prawie biedny, – ja też dołożyłem na czysto kilka stówek, nie licząc tego, com się przez ten czas napracował, – ale przy swojem gospodarstwie utrzymałem się. Innego wyjścia nie było, bo konkurencja była narzucona, trzeba było bronić się do ostatka.
Strata moja wynikła nie tylko z tej silnej konkurencji, ale ostatecznie także z tego powodu, że w ostatnim roku straciłem przy sprowadzaniu kamienia wapiennego. Zaryzykowałem wtedy pod zimę sprowadzić dwa galary. Retman, pijaczyna, zajechał po pijanemu niedaleko za Niepołomicami w taki kąt na Wiśle, że nie mógł stamtąd galarów wyciągnąć i wszystkiego odszedł. Tymczasem Wisła zamarzła, kamień ludzie przez zimę rozkradli. Tyle mię kosztowała wódka tego retmana. Wytoczyłem mu proces i wygrałem. W tym czasie jednak umarł, została po nim żona z 6-giem dzieci, których nie chciałem z majątku wydziedziczać, bo ojciec zostawił im niewiele, i tak od wszystkiego odstąpiłem.
Wkońcu wypalanie wapna nie opłacało się, bo nastała kolej do Tarnobrzega, i można było sprowadzać wapno gotowe z Krakowa, – a wypalanie u nas drzewem kosztowało bez porównania drożej, niż w ,Krakowie węglem. Mimo że wapno, wypalone drzewem było znacznie lepsze i wydatniejsze, niż wypalone węglem, jednak każdy wolał kupić gorsze, aby taniej; chociaż do dziś dnia niejeden wspomina »że nie było to, jak u Słomki kupować wapno«, i dopytują się, czy nie będę jeszcze handlował, — tak im ta konkurencja moja z Pancerem zasmakowała.