Pijaństwo na zabawach i przy różnych okolicznościach
Wódki pili wtedy trzy razy więcej niż obecnie; była tania, bo kwarta okowity kosztowała tylko 24 grajcary i można było dolać do niej więcej, niż drugie tyle wody, a była jeszcze mocniejsza, niż dzisiejsza okowita. Piwa na razie pili bardzo mało, dopiero z czasem wchodziło ono coraz więcej w używanie, a poza tem innych trunków nie było, chyba tylko w domach pańskich.
Tak wódkę, jak piwo brali najwięcej w Tarnobrzegu z propinacji, dzierżawionej przez żydów od skarbu dzikowskiego. Jeżeli jednak w innem państwie, u innego propinatora, n. p. w Mokrzyszowie lub w Machowie, były kiedy trunki tańsze albo lepsze, to tam je kupowali na wesela, chrzciny, na żniwa, — na swoją bowiem potrzebę wolno było kupować, gdzie się komu podobało.
Mieli też wówczas ludzie więcej okazji do picia, niż obecnie, i żadnej zabawy nie rozumieli bez wódki i picia. Kto był na zabawie, musiał równocześnie pić, a jak kto się upił, to mówili, »że się ubawił«, i nie mieli mu tego bynajmniej za złe. Dawali wódkę nawet małym dzieciom, zwłaszcza na zabawach, »żeby i one zabawę pamiętały« i całkiem nie zważali na to, że dziecku szkodzi to jeszcze bardziej, niż starszemu.
Wódka odchodziła, jak pisałem, na chrzcinach, zmówinach, rękowinach, rózgowinach i w czasie całego wesela; odchodziła też i na pogrzebach, przed wyprowadzeniem umarłego i po pogrzebie na t. zw. »konselacji« czyli stypie. Do tego, jak wspomniałem, w niedziele i święta grały po karczmach i szynkach muzyki, przy czym także wódki nie brakło; nadto sąsiedzi i kumowie częściej się wówczas z sobą schodzili, niż obecnie, w domu lub w mieście, i także traktowali się wódką. Odchodziła też na jarmarkach.
W niektórych wsiach był zwyczaj, że chłopi zaraz po wymłóceniu zboża nosili je do karczmy na wódkę.
Każdy niósł je w torbie z łyka lipowego pod kamizielą. Kamizielę wdziewał wtedy tylko jednym rękawem, drugi zaś spadał wolno po ramieniu, na którym torba wisiała. Ramię obciążone torbą nachylało się ku ziemi.
Gospodarz szedł przez wieś dumnie, (każdy wiedział, co pod kamizielą niesie), a gdy wszedł do karczmy, był witany przyjaźnie przez obecnych tam i zboże składał żydowi. Za to pił zaraz i częstował drugich, a ci znowu innym razem odwzajemniali się.
Uchodziło to za honor, nieść w ten sposób zboże do karczmy i nawet w modę to weszło, że chłopi jedno ramię trzymali zawsze niżej, (jakby obciążone torbą). Taką postać przedstawiają dotychczas najstarsi chłopi, którzy nosili zboże do karczmy.
Wogóle, gdzie pijaństwo szczególnie kwitło, nosili wódkę z karczmy we flaszkach na wierzchu, nie ukrywając się z tem, ale owszem przekazując, że będą pić i mają pić za co. Gdzie pijaństwo było mniejsze, czynili to skrycie. Flaszkę z wódką chowali pod wierzchnie ubranie, a kobiety pod zapaskę. Chyba, że wódka była dla żniwiarzy lub na zabawę (nie do codziennego użytku), wtedy się z nią nie kryli.
Jak wódka niejednego upadlała, przytoczę jeden z wielu wypadków.
Raz, gdy już byłem wójtem, zaszedł do mnie w nocy gospodarz z Dzikowa z zawiadomieniem, że pod Zwierzyńcem na granicy Dzikowa coś się szamoce i stęka, że prawdopodobnie wpadł tam jakiś człowiek. Była to już późna jesień i zimna panowały przejmujące, zachodziła obawa, że nieszczęśliwy może skostnieć, — wstałem więc z łóżka, wezwałem wartnika i skierowaliśmy się na wskazane miejsce.
Gdyśmy tam przybyli, oczom naszym przy świetle zapalonej słomy przedstawił się taki obraz: W głębokim rowie przydrożnym siedział chłop skulony, powalany w błocie i sponiewierany, jak nieboskie stworzenie.
Wpadł do rowu pijany i był całkiem nieprzytomny. Nic nie mówił, tylko wydawał dzikie ryki i oburącz trzymał się olszynki rosnącej w rowie. Zdawało mu się, że go djabeł wodzi i chce zgubić, więc uchwycił się tego krzaczka, jak tonący ostatniej deski ratunku. A zaciął ręce tak mocno, że nie mogliśmy go od drzewka odczepić i musieliśmy je razem z nim z korzeniami wydrzeć. Tak włożyliśmy go na furę. Gdyśmy go do kancelarji gminnej wnosili, trzymał jeszcze skurczony to drzewko przed sobą i ryczał, poczytując nas ciągle za złych duchów, które go chcą gdzieś uprowadzić.
Złożyliśmy go na podłodze i kazałem wartnikowi mieć nad nim baczenie. Tymczasem nad ranem wytrzeźwił się i wymknął się niespodziewanie. Później dowiedzieliśmy się, że był to gospodarz z Sobowa, znany pijaczyna.
Do szerzenia pijaństwa przyczyniała się też ta szkodliwa moda, która do dziś dnia przetrwała i panuje: ażeby się za poczęstunek odwzajemnić: "Dobre twoje, dobre moje", — jak jeden zapłacił swoją "kolejkę", to płacił znowu drugi, trzeci i t. d. i wódka lała się bez przestanku.
Przy kieliszku było zawsze najwięcej miłości i serdeczności, całowania i śpiewania, a jak się popili i wytargali za czupryny, to się też zaraz przeprosili i na nowo pili. Ale nie pamiętam z owych czasów wypadku, żeby się nożami pokłuli, jak to się teraz trafia, albo się do sądu skarżyli; pod tym względem dawni ludzie byli lepsi od dzisiejszych nożowników i proceśników.