Wesela
Najważniejszą jednak rozrywkę w życiu chłopskim stanowiły wesela. Obfitowały one w przeróżne ceremonje i zabawy, które dziś w przeważnej części z życia ustąpiły.
Co do ożenku, nie było dawniej żadnego przebierania: parobczak był w każdym domu z chęcią przyjmowany, czy to był komornik, zagrodnik, lub syn kmiecy, aby miał tylko ręce do roboty. Nawet kmieć, mający jedynaczkę, przyjmował za zięcia komornika, powiadając mu przytem: »Jak będziesz pracował, to twoje — grunt, budynki i wszystko, co Pan Bóg dał«. Głównie chodziło o to, żeby pracować.
Jak dziewczyna wychodziła za gruntowego parobczaka, to matka tegoż zachwalała przyszłe życie swojej mianowanej synowej zwyczajnie w ten sposób: "Nie turbuj się, moje dziecko, nie będziesz miała u mnie źle, roboty nie będzie ci brakować; mam co prząść, co mleć, tłuc; jest parę bydląt, świń, — będziesz miała koło czego chodzić, żebyś mogła tylko wszystkiej robocie dać radę".
A znów matka dziewczyny, chwaląc ją, mówiła: "Nie będziecie-ta, swatowo, z mojej córki mieć krzywdy, ona tam darmo rąk nie położy, będzie kontenta, że będzie miała co robić; a do tego nie przyjdzie do was goła, ma parę wdziewków, smat, — ze dwa roki nie potrzebujecie jej okrywać; dostanie też ze dwie krowy i co tam Pan Bóg ma przy domu, to się jej nie będzie żałowało".
Nie było tam mowy o gruncie, zapisach, pieniądzach. Naprzykład dziadkowie moi wydali młodszą córkę, a mojej matki siostrę, na gospodarstwo 18-to morgowe i zawsze mówili, że dobrze ją wywianowali, bo dali jej dwie krowy, kobyłę i konia, parę świń, dobrą przyodziew czyli chusty, pościel, skrzynię, beczki na zboże, a później pomagali jej i dodawali, co brakowało, po parę reńskich i zboża na przednówku. Nawet przy śmierci przypominali mi, że się jej już nic nie należy, bo została dobrze wywianowana. Nikt wtenczas nie słyszał, żeby wianować gruntem. W ogóle całe wiano było z obory, do tego też odnosiła się śpiewka:
Dopiero cię, moja matko, głowa zaboli,
Jak ty będziesz wydawała wiano z obory.