Zwyczaje i obrzędy weselne
Na wesele była zawsze zarzynana krowa, a czasem dwie, — ale kupowali na to najczęściej krowę starą i chudą albo z jakąś wadą, n. p. przebodzioną, kulawą, która dla żyda się nie nadawała, więc na mięso z niej trzeba było dobre mieć zęby. Był też zwyczaj, że starościny, pochodzące z bliższa, prócz tego, co składały z rzeczy spożywczych pannie młodej w darze przed ślubem, w ostatnie dni wesela znosiły na gospodę placki, nabiał, wódkę, nawet żywy drób, który zaraz był zarzynany i gotowany, a to wszystko było "na poprawę wesela" i "żeby oddać to, co się na weselu zjadło i wypiło". Każda starościna tem częstowała, co z sobą przyniosła.
W kilka lat po ożenieniu byłem z żoną na weselu na lasach, w Tarnowskiej Woli, oddalonej o 3 mile od Dzikowa. Żenił się tam u Rębisza nasz sąsiad. Gości przyjmowali plackiem z razówki, nabiałem i wódką. Mnie z żoną przyjmowali osobno, podali nam rosół i mięso. Słyszałem więc jak inni szeptali do siebie z tego powodu: »Będzie Rębisz to wesele pamiętał, bo gości ma z Dzikowa i mięso dla nich umyślnie kupował«. A Rębisz nie liczył się z tym, że ma wydatki, cieszył się, że sprawił duże wesele, że ma zdala gości i śpiewał skrzypkom do tańca:
Niech się gro, niech się tońcy,
Niech się razem bida końcy.
Przy końcu wesela, po ostatnim obiedzie, odbywały się czepiny, które trwały nieraz całą noc. Zaczepiała pannę młodą starsza starościna w czapkę przez siebie sprawioną. Czepiny były połączone z mnóstwem ceremonij, a całemu temu obrzędowi towarzyszyły śpiewy, z których niektóre kobiety słynęły.
Śpiewek weselnych było bardzo dużo na przeróżne melodje. Mężczyźni śpiewali w tańcu przed skrzypkami, kobiety zaś przy obrzędach, na rózgowinach czyli przy wicu rózgi, przy rozplecinach czyli przed wyjazdem do ślubu i przy czepinach. Niektóre z tych śpiewek obrzędowych były bardzo rzewne i wzruszały słuchaczy do płaczu, a były śpiewane przy wtórze skrzypka.
Każdy, kto był na weselu, musiał stracić gotówką najmniej 10 reńskich i to przeważnie na trunki w karczmie, częstując według zwyczaju wszystkich obecnych na zabawie i nawzajem przez nich częstowany. Uchodziło to za rzecz niehonorową, gdyby ktoś swojej kolejki nie zapłacił i drugich przy częstowaniu pominął, mówili o nim, że "od drugichby pił, a swego nie da". Na zabawy więc, wesela i chrzciny, były wówczas wydatki największe, zwłaszcza gdy gospodarzowi trafiło się kilka razy do roku być na takiej zabawie w swojej lub obcej wsi.
We czwartej późno w noc kończyło się granie i wesele. Ale jeszcze w piątek, a czasem jeszcze w sobotę odbywały się tak zwane poprawiny, — goście schodzili się na gospodę, robili składki na wódkę lub piwo, popijali i pogadywali, jak zwykle przy kieliszku.
Była gadka o gospodarzu, który, wyjeżdżając na wesele na drugą wieś, starał się swój inwentarz żywy aż do swego powrotu jako tako zabezpieczyć. Więc krowę dał do sąsiada, żeby była dojona i mleka nie straciła, cielęciu zadał w stajni karmy do żłobu i za drabinkę, wieprzkowi w chlewiku do korytka, a dla drobiu posypał ziarna na oborze. Ale cielę wnet miało pusto w żłobie i za drabinką, bo wiele paszy ściągnęło pod nogi i zdeptało, wieprzek też dużo z korytka wywalił i zmizerował, a ziarno rozsypane dla drobiu wyzbierały w znacznej części inne "gady". Więc powstał głód w oborze, nie uczuwały go jedynie gęsi, bo mogły skubać trawę na dziedzińcu, i kaczki, bo miały wodę w pobliżu. Zaczęła się tedy taka rozmowa wśród tej opuszczonej żywizny:
Cielę beczało żałośnie: "Dokąd to wesele be-e-dzie" a gąsior odzywał się na to : "Tydzień, tydzień, tydzień!"
Wieprzek pomrukiwał z cicha: "Zdechnę już, zdechnę już", — na to kaczor, pływając po wodzie, odpowiadał: "Dobrze ci tak, dobrze ci tak".
Indyczka, chodząc koło ścian, labidziła: "Oj, bida, bida, bida, bida, bida", a indyk bulkotał ze złością: »"jabli by tu wysiedzieli".
Jeżeli panna młoda była z innej wsi, to nazajutrz po zaczepieniu jej, t. j. we czwartek, odbywały się przenosiny jej do domu pana młodego. Przy tych przenosinach każdy z uczestników wesela starał się coś zabrać (porwać) rodzicom panny młodej na nowe gospodarstwo: brali międlice, przęślice, obrazy, różne sprzęty, bułki chleba i t. d. i każdy następnie, jadąc na furze, trzymał, co zabrał i przekazywał się tem.
Na weselu Tracza z Dzikowa, gdy panna młoda pochodząca z Nagnajowa przenosiła się na gospodarstwo pana młodego, fury towarzyszące jej zajęły w Dzikowie całą ulicę Połać.
Z weselami łączyły się niekiedy brzydkie zwyczaje. Na wesela brali n. p. z sobą dzieci, zwłaszcza, gdy wesele było u krewnego, a dzieci nie było przy kim zostawić. Prowadzili je na gospodę i do karczmy i dawali im, co było na stole, nawet wódkę. Pamiętała też o nich kucharka i gospodyni i dawała, co zostało ze stołu, ale przedtem musiały pouklękać i mówić pacierz. Czasem cisnęło się na wesele więcej dzieci niż starszych, bo zbiegały się i obce, których rodzice nie byli proszeni. Była to plaga dla gospodarza: dzieci, wygnane z izby, kręciły się w sieni albo przed domem; nie można się było z niemi ugnać. Czasem któryś starosta odpasał pasa, przetrzepał je i odpłoszył, ale znowu się cisnęły, jak wróble zimą do stodoły. Nie podobało się to już wtedy ludziom rozważniejszym.
Byłem raz na weselu w Suchorzewie, gdzie mię sadowili na pierwszem miejscu i starali się dobrze uraczyć. Kucharka podała mi flaki, ale przytem upominała: "A miejcie się na baczności, żeby wam kto miski nie odebrał". Ledwie jednak miskę przede mną postawiła, już ktoś z tyłu stojący porwał to dla siebie. Więc przyniosła mi drugą miskę i znowu mnie upomniała, żebym się przed drugimi pilnował. Tymczasem, gdy ona nieco się ze mną zakramarzyła, objaśniając mnie o panującym tam zwyczaju, że jedni drugim jadło porywają, inni wykradli jej z kuchni cały kocioł z flakami i tak się ukryli, że dopiero nazajutrz rano znaleziono kocioł za stodołą, zupełnie wypróżniony.
Dobrą opinję miały zawsze wesela w Machowie, że ludzie bawili się tam spokojnie, bez bitek, grzecznie się z sobą obchodzili, starszyzna miała posłuch.
Najwięcej słynęli tam gospodarze Wojciech Żak i Grzegorz Stec. Gdy przychodziły czepiny i oni występowali, to zbierała się cała wieś, starsi i młodsi, jak na teatr, tłoczyli się przez drzwi i okna, żeby się napatrzeć rozmaitym figlom i nasłuchać przeróżnych żartów, które rozgrywały się przez kilka godzin i całą noc.
Ujemną stroną dawnych wesel było też to, że trwały zbyt długo, przez co gospodarstwo było zaniedbywane i że odbywały się po karczmach wśród pijatyki, na czem żydzi w owych czasach dobrze zarabiali i bogacili się.
Nie brak jednak było w dawniejszych weselach obrzędów i zwyczajów prawdziwie ładnych, narodowych, ludzie się nabawili, nacieszyli, nagadali. Szkoda, że to wszystko obecnie zatracone, a zachowała się w całości jedynie rzecz zła, t. j., pijatyka. To też teraźniejsze wesela są mniej ciekawe i mniej na nich się bawią, niż na dawnych i wogóle po wsiach daje się uczuwać brak dobrych i godziwych zabaw, i ludność czas wolny od pracy spędza w gnuśności lub przesiaduje po karczmach.