Wiara w strachy, czary, zabobony, gusła
W stosunku do świata nadprzyrodzonego trzymali się chłopi z dawien dawna gromadnie przeróżnych zabobonów, wierzyli w różne duchy, strachy, czary, gusła i zabobony. Każdy prawie musiał przestrzegać starych przesądów i dawać im wiarę, inaczej mieliby go za człowieka złego i przewrotnego.
Koło dróg pełno było krzaków i cierni; więc jak ktoś pijany idąc taką drogą przewrócił się i podarł sobie ubranie, a także poranił ciało, to opowiadał, że djabeł tam siedzi, i on go tam wciągnął, — a drudzy już to miejsce z daleka omijali i mieli za prawdę, że djabeł tam siedzi.
W Dzikowie było kilka miejsc, gdzie miały strachy przebywać, najwięcej miało straszać pod przysiołkiem Podłężem, gdzie po jednej stronie prowadzącej tam ścieżki znajdował się mały lasek, po drugiej łąki moczarowate; po obu stronach tej ścieżki nie brak było cierni, a w poprzek ciągnął się rów głęboki, przez który prowadziła wązka kładka.
Każdy w tem miejscu coś widział, każdego coś straszyło: jeden widział białe króliki, które były niby bardzo oswojone, a złapać się nie dały, i uciekały tak, żeby goniącego je odciągnąć w pole; inny nic nie widział, ale pies, którego miał przy sobie, szczerzył zęby do czegoś i strasznie warczał; innego coś wodziło tak, że błądził po manowcach, nie mogąc trafić tam, gdzie iść zamierzał. — Wszystko to działo się w nocy, — na dniu zaś w południe straszyły południce.
Wspomniana kładka przez rów straszną była dla tych, co wracali z miasta w stanie nietrzeźwym, bo łatwo mogli na niej stracić równowagę i wpaść do rowu. Ale jeden z gospodarzy, który często szedł tamtędy pijany, znalazł na to sposób, bo, nadszedłszy na kładkę, siadał na niej jak na konia i tak okrakiem ją przechodził. Inny jednak znalazł tam śmierć, bo wpadł do rowu pijany i nie mógł się z niego wydobyć, a że była właśnie zawieja śnieżna, więc śnieg go całkiem przysypał i znaleźli go zmarzniętego dopiero po kilku dniach w postaci stojącej z podniesioną do góry ręką, która nad śnieg wystawała.
Wierzyli dawniej, że są ludzie, mający dwa duchy, — że po śmierci takich ludzi jeden duch idzie na tamten świat, a drugi po tym świecie chodzi; — i skoro jeden puścił bajkę, że widział nieboszczyka, to już wszyscy dalej to opowiadali i nie daliby się nikomu przekonać, że to nieprawda. Niejedna wdowa z tego skorzystała, bo gdy została "przy nadziei", to zegnała to na nieboszczyka, że do niej przychodził, — i drudzy temu wierzyli, — i jeden drugiemu to opowiadał.
O człowieku, któremu się dobrze powodziło, mówili, że "ma djabła", t. j., że z djabłem trzyma. Tak mówili o przemyślniejszych gospodarzach i rzemieślnikach.
Kobiecie po połogu, dopóki na wywód nie poszła, nie wolno było wychodzić za próg, a zwłaszcza brać wodę ze studni, bo — jak mówili — w takiej studni lęgną się zaraz robaki. I jeżeli w czyjejś studni były robaki (bo studnia była nieczyszczona), to mówili, że jakaś kobieta brała przed wywodem wodę, uważali to za wielka zemstę i grzech.
Jeżeli w drzewie użytym na dom były sęki smolne, idące od rdzenia, co nazwali "świcą", i drzewo takie przy zmianach w powietrzu wydawało trzask czyli strzelało, mówili, że w domu takim nie szczęści się i śmierć ludzi zabiera. Gdy więc w domu jakimś nie było powodzenia, domownicy nie mieli zdrowia i często wymierali, przypisywali to wszystko owej "świcy" w drzewie, radzili szukać za nią, wyskrobać ją, wyrąbać, przebić gwoździem, bo inaczej w domu się nie odmieni. — Dziś nic sobie z tego nie robią, owszem, drzewa takie uważają za dobre, bo jest smolne,, a smolna część najdłużej wytrzymuje.
Jak kura piała, byli przekonani, że to wróży jakieś nieszczęście w domu. Żeby się od tego uchronić, mieli następujący sposób: łapali kurę, mierzyli nią przestrzeń od stołu do progu i ucinali łeb lub ogon według tego, co na progu wypadło. To w każdym razie wystarczało, ażeby pianie kury uczynić nieszkodliwym. — Ale bywało nieraz, że gospodyni, pragnąc mieć jajka od kury, więc nie chcąc jej zabijać, tak mierzyła, żeby na progu wypadł ogon, — gospodarz zaś, który zazwyczaj kur nie lubił, bo nawóz rozgrzebywały i szkodę w polu robiły, wolał, żeby na progu wypadł łeb, — bo zresztą wtedy jedynie nadarzała się mu sposobność, że mógł mięsa (kurzyny) skosztować.
Nie wolno było "igrać z ogniem", wywijać nim, a szczególniej pluć na ogień. Gdy chciało się nim bawić dziecko, to je surowo karcili, mówiąc: "Ogieniaszek nie twój braciszek", to znaczy, nie jest tobie równy.
Gdy złodziej ukradł coś z domu lub z komory, szli zaraz do pierwszego lepszego wróżą lub wróżki i do kradzieży zawsze jeszcze dopłacali, bo ten wróżył i opisywał złodzieja, jak wygląda, i na tej podstawie było podejrzenie najczęściej na niewinnego, ale kradzież nigdy się w ten sposób nie wykryła.
Gdy kto popadł w nieszczęsny nałóg opilstwa, zganiano na "Ktosia", że to "uczynił" z zemsty, i kurowano "uczynienie", "poradzone".
Dziewczyna, która nie mogła wyjść za mąż, szczególnie za tego, kogo sobie upatrzyła, tak samo udawała się ona albo jej matka do guślarki; ta wyłudzała zawsze za to dobrą zapłatę, a raiła najczęściej podać parobczakowi coś do wypicia lub zjedzenia albo po kryjomu włosów uciąć i u siebie przechowywać, ale wszystko to nic nie pomogło, bo parobczak gdzie indziej się ożenił, a gusła dziewczynie nieraz posłużyły na biedę, bo została matką bez męża.
A już najwięcej w owych czasach była rozpowszechniona wiara w czarownice, które mleko krowom odbierały albo psuły. Która gospodyni lepiej koło krów chodziła, dobrze je żywiła i stąd więcej miała mleka, to już była uważana za czarownicę i znienawidzona od drugich gospodyń; te bały się z nią zachodzić, albo ukradkiem wchodziły z nią w przyjaźń, ażeby im nie szkodziła. Jeżeli na przykład krowa kopała nogą, bo gospodyni nie umiała obchodzić się z nią łagodnie i źle ją doiła, już winną temu była czarownica; jeżeli masło nie dało się prędko zrobić, bo śmietana była licha, zbierana z kilku dni, także winną była czarownica i t. d., — jednem słowem, szczególniej w hodowli krów zabobon jechał na zabobonie.
Na wiosnę, przy pierwszym wypędzaniu krów na pastwisko, kobiety kładły na progu stajni: siekacz, miotłę, palmę święconą w Palmową Niedzielę, ziela święcone w oktawę Bożego Ciała i na Matkę Boską Zielną. Przez to krowy przepędzały i leżało to aż do powrotu krów, żeby przez to znowu przeszły, wracając z pastwiska. Miało to zabezpieczyć krowy przed czarownicami.
Kobiety strzegły się czarownic najwięcej w oktawy Bożego Ciała, bo wtedy one najbardziej wojowały.
Po wsiach, szczególnie na lasach, nie brak było guślarzy i guślarek, dających rady w różnych potrzebach, — a trudnili się tym tacy, którym nie chciało się robić, a lubili wódkę. Najwięcej zaś korzystali z łatwowierności naszych ludzi cygani, którzy podówczas włóczyli się po wsi prawie każdego tygodnia. Gdy do domu weszła cyganka, to nie ustąpiła, aż coś wyłudziła.
Pamiętam, jak raz przyszła do naszego domu i wróżyła, wiele lat będzie kto żył, jakie ma i będzie miał od ludzi prześladowania i t. d., — za to żądała mleka i masła. Ale babka moja zaczęła się spraszać, że krowy z mlekiem ucięły i mleka w domu niema; a cyganka podchwyciła to, mówiąc, że ona wie o tem dobrze, a tylko tak próbowała, i ciągnęła dalej, że mleko krowom czarownica odjęła, ale ona to naprawi, tylko chce za to czarną kurę, bo kura z innym upierzeniem nie będzie skutkowała. Babka spraszała się, że takiej kury nie ma, — ale cyganka twierdziła uparcie, że jest (bo widziała już wpierw kury, jak szła przez podwórze, a że czarna była największa, dlatego czarną chciała). Babka uwierzyła, że cyganka musi wszystko wiedzieć, skoro wie, nawet o kurze, więc po pewnym jeszcze kłopocie zgodziła się złapać jej tę kurę. Wtedy cyganka upomniała, ażeby kury nie żałowała, boby jej porada nie była tak skuteczną, — a następnie zaprowadziła babkę do stajni, dała okruszynę jakiegoś łoju i kazała wetknąć w ściankę tam, gdzie krowa sięga pośladkiem. Gdy to zostało uczynione, oświadczyła, że już trzeciego dnia przybędzie mleko, i żadna czarownica go już nie odbierze.
I poszła cyganka, a babka przez trzy dni kury nie żałowała, — ale gdy po trzech dniach i później żadnego skutku nie było, i krowy jak przedtem, tak i później mleka nie dawały, wtedy dopiero poczęła żałować, mówiąc, że cyganka kurę wykusiła, ale już było nierychło, bo kura już dawno była zjedzona.
Była także w Dzikowie taka guślarka. Wprawdzie miejscowi mało do niej chodzili, bo ją dobrze znali i wiedzieli, co warta, — ale za to z innych wsi ludzie do niej ciągnęli, a nawet furami po nią przyjeżdżali, — a naodwrót, nasi chodzili do guślarzy na obce wsie.
Co do tej guślarki w Dzikowie, była taka wiara w okolicy, że jest na wszystkiem wyznana: pannom wyrabiała tak, że wychodziły za mąż, za kogo chciały; chorych potrafiła wykurować nawet z takich słabości, z jakich żaden doktór nie potrafił; krowy, które nie dawały mleka, umiała naprawiać; nawet na sędziów mogła wpływać tak, że każdy, kto się do niej zwrócił, miał wygrać proces, — jednem słowem, obiecywała każdemu takie szczęście, jakie tylko mieć sobie życzył, choć sama była chudobna.
Raz zmówiła się z jednym gospodarzem, który miał proces, i przyrzekła mu, że proces wygra, bo ona potrafi na sędziego odpowiednio wpłynąć, — tylko chciała, żeby jej chłop dawał wszystkiego, czego zażądała. I tak było. Chłop dał najpierw pieniędzy, potem w ciągu procesu przywoził masło, ser, słoninę, kaszę i t. p., co mu kazała, a wszystko to miał sędzia od niej odbierać i zjadać i proces miał się skończyć pomyślnie. Tymczasem chłop ze wszystkim proces przegrał i pokazało się, że sędzia o niczem nie wiedział, bo ona wszystko brała dla siebie i zjadała. Nawet jej nie skarżył, bo nie chciał więcej do niej dołożyć, a ludzie się z niego wyśmiali, — i na tem się skończyło.
Ale jak mówią, — przyjdzie czas i trafi swój na swego. Przyjechał raz o nią gospodarz ze Stalów, żaląc się, że mu się na obejściu nie wiedzie, i chudoba mu zdycha. Wziął babę ze sobą, ażeby temu zaradziła. Skoro stanęli na miejscu, baba zaczęła obchodzić całe podwórze i wróżyć, jak zwyczajnie guślarka: "Sąsiady — powiada — stoją wam na zdradzie, macie tu zakopaną jakąś padlinę, dobrze ją czuję; dajcie rydla, to ją wyszukam i wykopię".
Chłop czemprędzej dał rydla, a następnie trop w trop chodził za babą, — bo choć w gusła święcie wierzył, ale chciał naocznie widzieć, co też ona wykopie. Baba zaś chodziła dalej po podwórzu i wąchała, ale gdzie grzebnie rydlem, padliny niema, bo chłop dobrze jej patrzy na ręce. Nareszcie pod stajnią zaczęła kopać większy dołek, aż wykopała do kolan i z rękawa puściła kawałek płuca cielęcego, które przywiozła ze sobą, — ale tym razem jakoś się jej nie udało, bo chłop to spostrzegł. Upuściwszy ten kawałek, tarmosiła go rydlem i nogami, a następnie nibyto wykopała i, pokazując go chłopu, rzecze: "Widzicie, mówiłam, że macie zakopaną padlinę".
Ale chłop już temu wiary nie dał, tylko wręcz odparł: "To wyście to przecie upuścili"; a że baba upierała się przy swoim, więc wszczęła się sprzeczka: chłop mówił swoje, a baba swoje. W końcu chłopa rozzłościło, że baba mu w żywe oczy zaprzecza, złapał pałę, zaparł wrota, i babę tak przetrzepał, że jak się za wrota wydarła, to już nie czekała na wóz, ale piechotą do domu się dowlokła. Później długo na plecy narzekała, mówiąc, "że się gdzieś potłukła".
Powyższe zdarzenie opisałem nie tylko dlatego, że dawniej ludzie byli tacy zabobonni i łatwowierni, ale więcej dla nauki, bo i w dzisiejszych czasach nie brak jeszcze guślarzy i ludzi nieoświeconych, dających się oszukiwać. Niechże nikt w żadne czary i gusła nie wierzy, bo to i niemądrze, i obraza Boska.
Sam na przykład we własnem gospodarstwie przekonałem się, dlaczego dawniej mleka nie było, a co ongiś było przypisywane czarownicom, że je krowom odbierają. Dopóki się koło krów chodziło po dawnemu i żywiło się je tylko czystą karmą ze zboża, to krowy ledwo żyły i mleka brak było, tak że nieraz cztery krowy tyle mleka nie dały, żeby w domu — jak to mówią — do barszczu wystarczyło. Dzisiaj zaś mam tylko jedną krowę, ale dobrze ją żywię sieczką z otrębami, burakami i ziemniakami, a przytem koniczyną, toteż mam mleka tyle, że w domu go nie pragnę i jeszcze zbywające odsprzedaję.