Gromada
Najwyższą władzą w gminie przed r. 1867 była cała gromada, która schodziła się na uchwały, wybierała wójta i przysiężnych, a także pełnomocników gromadzkich, czyli deputowanych, słowem — całą starszyznę gromadzką, i miała nadzorować jej czynności.
Gromadę zwoływał wójt, a to w ten sposób, że zatykał w rozszczepioną laskę, a właściwie w pierwszy lepszy kij jakikolwiek papier i laska ta była szybko podawana od domu do domu, przyczem każdy podający ją w drugim domu mówił: »Macie się zejść do gromady« — wtedy a wtedy. I tak w krótkim czasie obiegała całą gminę i wracała napowrót do wójta na znak, że już u wszystkich była. Gdyby ją zaś kto u siebie zatrzymał i nie podał dalej, to była za to kara, którą naznaczał wójt zwyczajnie w wysokości paru szóstek, z czego się przed gromadą nie rachował.
Gromada zbierała się u wójta i to albo w domu, a wtedy ci, co w izbie nie mogli się pomieścić, stali w sieni lub pod oknami, albo — jak było ciepło — obradowała na obejściu. Zwyczajnie jednak nie wszyscy się schodzili, tylko część pewna, a przedewszystkiem starszyzna gromadzka i bogatsi gospodarze.
Najwięcej zbierali się w celu rozrachowania na każdy dom czyli »numer«, wydatków gminnych, jakie przypadły. Rachowali ci, co wcześniej przyszli, więc zazwyczaj tylko starszyzna gromadzka i kilku innych roztropniejszych gospodarzy, i to w pamięci, bo wogóle nie były prowadzone żadne zapiski i książki, i pisarza w gminie wówczas wcale nie było. Następnie wójt zebranym ogłaszał, że jest do zapłacenia kwota taka a taka, i "na numer" wychodzi tyle a tyle, i później wszyscy według tego płacili.
A jeżeli się ktoś na gromadzie odezwał, że »to jakoś za dużo, że nie powinno na numer tyle wychodzić«, to go zaraz wójt czy inny z jego otoczenia zgóry przysiadł, wołając: "To trza było wcześniej przyjść; my tu sobie głowy od południa psujemy, a ty, paniczu, wylegujesz się gdzieś w domu i teraz będziesz gadał; masz zapłacić i na tem koniec, bo tak wyrachowane". Zwyczajnie jednak ci, co rachowali, nie zapominali o sobie i liczyli tak, żeby i dla nich coś na napitek zostało.
Potem było już po gromadzie, bo ci, co się zaraz nie rozeszli, gwarzyli o rzeczach, które nie należały do porządku dziennego zebrania, — więc zebrania gromady trwały zazwyczaj krótko.
Jeżeli chodziło o wybór wójta i przysiężnych, to z tych, co się zeszli, występował jeden mający, większy posłuch w gminie i wskazywał, kogo wybrać, — następnie cała gromada szła zwyczajnie za zdaniem tego jednego, wołając: "Zgoda, zgoda!" Nie było przytem wcale zapisywania głosów.