Mandatariusze
Co do władzy, stojącej ponad gminami, to jeszcze po ustaniu pańszczyzny na całą okolicę, t. j. w państwie hr. Tarnowskich, był jeden tylko urzędnik zwany mandatarjuszem, a załatwiał wszelkie takie sprawy, które dziś należą do sądu i do starostwa. Nazywał się Andrzej Tinz, — ludzie tytułowali go pospolicie sędzią. Mieszkał on i całe urzędowanie prowadził w budynku dworskim.
Co do sądownictwa, przeprowadzał sprawy cywilne i karne, jakie się nadarzyły. Jak zasądził, tak zawsze pozostało, — nie słychać było, żeby jego osąd był zmieniony, bo przedewszystkiem nie miał kto pisać rekursów, w okolicy bowiem nie było ani jednego adwokata, i trudno było znaleźć kogo nawet do napisania listu. Więc ten Tinz przeprowadzał nie tylko takie sprawy, które obecnie przydzielone są starostwu i sądowi powiatowemu, — ale można powiedzieć — znaczył i tyle, co teraz sąd obwodowy i wyższy sąd krajowy, bo od wyroku jego nikt nic rekurował, i chłopi bali się go więcej, niż teraz najwyższych dygnitarzy.
Jeżeli ktoś czuł się pokrzywdzonym przez władzę miejscową, to tak wtedy, jak i później jeszcze, nie odpowiadał rekursem do władzy wyższej, ale mówił, że "pójdzie do cesarza, to tam sprawiedliwość znajdzie". Wierzyli, że nikt takiej sprawiedliwości nie wymierzy jak sam cesarz, i mówili, że "wszędzie zresztą jest tylko przekupstwo".
W Dzikowie był wysłużony żołnierz austrjacki, Józef Krzyżek, który, prowadząc długi proces o ojcowiznę, wybrał się do Wiednia po sprawiedliwość, i nie było go w domu przez parę miesięcy. Gdy powrócił, opowiadał, że był u cesarza, i ten go upewnił, że sprawa będzie pomyślnie rozstrzygniętą. — "Idźcie — rzekł — do domu spokojnie, a ono tam za wami przyjdzie"; i dał mu 25 złr. na drogę. Naturalnie były to tylko przechwałki, bo grunt pozostał w rękach tego, komu go na miejscu przysądzono.
Tinz miał do pomocy dwóch policjantów, wysłużonych wojskowych, którzy nawet nie byli umundurowani, bo jeden z nich chłop, nazwiskiem Pacyna, chodził w kamizieli, a drugi żyd, Haskiel, chodził w chałacie. Wystarczyło, że mieli czapki z orzełkiem cesarskim.
Sprawy załatwiał w krótkiej drodze: na wniesioną skargę posyłał policjanta, ażeby oskarżonego sprowadził do kancelarji, i — w sprawach cywilnych — jeżeli druga strona miała słuszność, — kazał ją zaraz zaspokoić, to czy owo oddać, i proces był skończony.
Był n. p. zwyczaj, że chłopi z Dzikowa brali w Tarnobrzegu w głównym składzie wódkę na kredyt, a działo się to szczególnie w czasie żniw i zabaw, — a także często na miejscu w mieście »na borg« pili. Otóż co pewien czas, jak już tam każdy był coś winien, żyd przynosił wykaz dłużników mandatarjuszowi, a ten, nie przeprowadzając rozprawy, posyłał na wieś policjanta Haskla, który szedł od domu do domu i w te słowa każdemu ogłaszał wyrok: "Cesarsko-królewski sędzia daje nakaz, żeby do trzech dni borg za wódkę był zapłacony, bo jak nie, to będzie fantowanie". Przytem — choć czytać nie umiał — potrząsał w rękach ze złością papierem, bo chłopi się wtenczas każdego papieru bali, zwłaszcza jak była na nim pieczątka. Po tych odwiedzinach Hasklowych, każdy, bojąc się fantowania, jak mógł starał się należność w terminie uiścić, bo choć wszyscy pili, przecież wstydzili się tego, jak kto był za wódkę fantowany, — zwłaszcza wstydziły się kobiety, gdy brano im za fanty poduszki.
W sprawach karnych, jeżeli chodziło o mniejszą winę, oskarżony bez wszelkiego protokołu dostawał kilka kijów na ławie, i na tem koniec. Ale trudniejsza była sprawa, gdy obwiniony przeczuwał, że go czeka większa kara; wtenczas już tak łatwo na wezwanie nie szedł, ale uciekał i krył się, gdzie mógł. Jeżeli go zaś policjanci ujęli, a był mocny, to obu nabił i dalej się ukrywał. Za takim była nieraz robiona nagonka, zwłaszcza gdy chodziło o większego winowajcę. Nieraz do pomocy policjantom (ponieważ żandarmów w Tarnobrzegu jeszcze nie było) byli przyzywani strażnicy pograniczni (finanswachy), pełniący służbę nad Wisłą od Królestwa Polskiego. Zdarzało się jednak, że jak się obwiniony dobrze ukrywał, to go nigdy nie mogli złapać, i wkońcu cała sprawa ucichała.
Najwięcej do czynienia było wówczas ze złodziejami, których po wsiach nie brakowało. W samym Dzikowie byli tylko szkodnicy polni, co wypasali końmi zboże, wykopywali ziemniaki i t. p., ale po innych wsiach, zwłaszcza położonych w lasach, kradli konie i bydło ze stajni i pastwiska, podkopywali się do komór i brali zboże, słoninę, odzież, korale, — po drogach i lasach grasowały całe bandy złodziejów i rabusiów, i złodziejstwo rzadko się wykryło. Dopiero, jak nastali żandarmi, kradzieże i rabunki zaczęły powoli ustawać i dziś po wsiach bardzo rzadko się trafiają.
Grubsze sprawy cywilne, n. p. gruntowe, przeprowadzał nie mandatarjusz, ale sędzia (justicjarjusz), który urzędował w Nisku, a nazywał się Jan Alss, — ale chłopi do niego mniej spraw miewali.