Pobór rekrutów
Wójt występował przy poborze rekrutów do wojska. Według tego, co słyszałem od starszych, za dawniejszych czasów odbywał się pobór rekruta w ten sposób, że na każdą gminę stosownie do liczby ludności było przeznaczone, ilu ma dać rocznie żołnierzy. Gmina Dzików n. p. miała dawać półtora żołnierza, t. j. jeżeli w jednym roku wziętych było dwóch żołnierzy, to w drugim brali tylko jednego i t. d.
Każda gmina musiała swoich rekrutów dostawić przed komisję poborową. Były z tem wielkie korowody, bo który rekrut był zdatny i czuł, że go odstawią, to uciekał i krył się, gdzie tylko mógł. Wójt z pomocnikami chodzili najwięcej w nocy po domach i na spaniu rekrutów łapali, a jak którego złapali, to go już pod wartą trzymali, aby na nowo nie uciekł. Potem wójt dał podwodę (forszpan) i stosowną wartę, a nawet czasem przywiązali rekruta na wozie do drabinki, aby na drodze nie uciekł, i tak pod surową wartą wieźli go do Rzeszowa.
Gdy rekrut był zdatny i oddali go do wojska czyli "asenterowali", to nie puszczali go już do domu, ale odrazu szedł na długie lata do wojska.
Ucieczka rekruta zależała dużo od wójta, toteż ojciec popisowego zawczasu przyjaźnił się z wójtem, częstował go i prosił, aby syna nie dostawił, — i takiego wójt nie mógł złapać, bo już naprzód wiedział, kiedy i gdzie po niego przyjdą. A że każda gmina musiała oddać przepisaną liczbę żołnierzy, więc na miejsce tych, co ich złapać nie mogli, starał się wójt dostawić drugich, — i nieraz złapali takiego, który był z innej miejscowości, a nawet mógł być poddanym innego państwa, ale się zaplątał w danej wsi, i takiego odstawili do komisji poborowej, tam go "zaasenterowali" i zapisali na tę gminę, co go dostawiła, — bo rządowi nie chodziło o to, skąd był rekrut, tylko, aby gmina swoją należytość oddała.
Gdy się zaś trafiło, że stawał przed komisja wojskową taki, co robił w gruncie i utrzymywał rodzinę, to wójt wstawiał się za nim, czasem nawet postawił się ostro przed komisją, szturnął laską w podłogę i mówił, że rekrut nie może iść do wojska, bo nie ma kto robić w domu na utrzymanie rodziny, — i rekrut był uwalniany, a wójt za to był długo w tej familji szanowany.
Dziadek mój opowiadał, że gdy miała nastąpić zmiana w sposobie rekrutowania i na zabawach lub schadzkach sąsiedzkich wspomniał kto, że »nadejdą takie czasy, iż ojciec syna sam doprowadzi do wojska«, to drudzy nie chcieli temu dać wiary i powiadali: "Co pleciecie, to się nie stanie nigdy, żeby ojciec własne dziecko sam dostawiał do wojska, — śmiejcie się z tego". A tymczasem przyszły czasy, że nie ojciec syna prowadzi, ale ten sam się musi stawić, gdzie i kiedy mu każą.
Jak ja już zapamiętałem, rekruci sami się już dość regularnie do poboru stawiali, a pobór odbywał się na podstawie losowania, przyczem ten był pierwej przed komisją poborową powoływany, kto miał numer losu niższy, — wójci zaś byli przy tem obecni. Było to na razie przez kilka dziesiątek lat połączone z wielką poniewierką i kosztami tak dla rekrutów, jak i wójtów, bo w czasie poboru wszyscy naraz zjeżdżali się z całego powiatu, i rekrut czekał, aż na niego przyjdzie kolej stawienia się przed komisją, a wójt musiał siedzieć w mieście prawie dwa tygodnie, aż wszyscy rekruci z jego gminy byli wywołani.
Zmieniło się to dopiero, gdy rząd austrjacki wprowadził takie urządzenie, że wszyscy rekruci z danej gminy mieli się stawić do poboru na oznaczony dzień i w jednym dniu załatwiali się z poborem, czyli "asenterunkiem".
Z dawniejszych czasów zachowało się jeszcze za mojej pamięci to, że kto był wzięty do wojska, to go zaraz żołnierz ostrzygł, bo każdy, młody, czy stary, nosił długie włosy. To też, gdy ktoś był odebrany, mówili o nim, że go "ostrzygli", a rekrut jak wrócił do domu, to przedewszystkiem patrzali mu na głowę, czy ma ostrzyżonę i matka nie tyle płakała o syna, jak o te włosy ostrzyżone: "O, moje włosy złociutkie — mówiła z płaczem — tylem się ich naczesała, napielęgnowała i mi je zabrali".
20.05.2008. 12:25