Służba wojskowa
Przez długi czas rekruci szli do wojska bardzo niechętnie i służby wojskowej bali się, jak ognia, bo ci, co z wojska wracali, nie chwalili jej i opowiadali o różnych karach, jakie dawniej w wojsku stosowane były.
Najcięższa z tych kar była t. zw. "ulica", mianowicie byli ustawiani żołnierze w dwie strony, a przeznaczony na karę musiał iść między nimi, jakby ulicą, tam i nazad nago tyle razy, jak mu przeznaczono, a każdy żołnierz sieknął go raz prętem tak, że — jak opowiadali — ze skazanego krew się lała i ciało strzępami odpadało. Jednakże ówcześni ludzie potrafili znieść i taką karę, bo znałem jednego z Dzikowa, który, jak sam mówił i świadkowie to potwierdzali — przechodził w wojsku taką straszną ulicę za to, że dezerterował, a przecież, gdy powrócił z wojska, nie było znać na nim tej kary, był silny, czerwony, i kpił sobie, że mu tylko złą krew wypuścili, a zdrowa przyszła. A gdy raz za awantury w mieście został skazany na areszt i 25 kijów, to śmiał się z tego wszystkiego, mówiąc, że mu tylko na tyłku postawili pijawki, żeby zepsutą krew ściągnęły.
Jak kogo wzięli do wojska, to go trzymali w obcych krajach: w Czechach, na Węgrzech lub w krajach włoskich, należących dawniej do Austrji. Częste też były wojny, w których krew dla obcej sprawy trza było przelewać.
Żołnierz wracał do domu w ubraniu czyli w mundurze, który nosił w wojsku, i ubierał się weń w niedziele i święta tak długo, aż go zdarł do ostatka. Po wysłużeniu w wojsku mówił źle po polsku, a niektórzy udawali, że nie umieją nic po polsku, i bałwanili coś z niemiecka, z czeska, — słowem, językami wszystkich ludów austrjackich, a tylko nie mówili swoim własnym językiem, w którym się pacierza uczyli i który powinni byli szanować i znać najlepiej.1
Opowiadali na przykład, jak jeden żołnierz, powróciwszy z wojska, szwargotał tak, że go matka zrozumieć nie mogła. Na ciepły piec mówił: »Czapli piec«, co matka tak rozumiała, że syn chce, aby mu czaplę upiekła, i tłumaczyła się, że nie ma czapli, to mu kurę upiecze. Syn się gniewał, że go matka nie rozumie, i szwargotał coraz gorzej, a matka płakała, że nie może się z synem porozumieć i czemś go ucieszyć. Dopiero sąsiadka doradziła jej, żeby synowi nie podsuwała jedzenia, to on wkońcu pokaże, albo sam sobie weźmie, co mu będzie do smaku. Matka tak zrobiła, — syn nie jadł dzień jeden, drugi, ale skoro widział, że mu matka nic nie podaje, przemówił po polsku, i już odtąd tym językiem mówił, bo nawet innego nie znał.
Trafiało się to do ostatka za czasów austrjackich, że żołnierz, jak wrócił do domu, gdzie mógł, wtrącał w mowie przekręcone niemieckie słowa, i dość było głupoty między ludźmi, że nie rozumieli, iż dobrze jest znać inny język, ale należy nim mówić tam, gdzie potrzeba, — a Polak z Polakiem i u siebie w domu powinien mówić swoim rodowitym językiem i czysto po polsku.
Wychowanie w wojsku zmierzało do tego, ażeby u żołnierza zniszczyć świadomość narodową, ogłupić go pod tym względem. Wkońcu więc niejeden nucił z zapałem wojskową śpiewkę: "My sobie poloki, dobre austrjoki!!".
21.05.2008. 10:21