Bitwy, cofanie się Austrjaków, wkroczenie Rosjan do Tarnobrzega
Od połowy sierpnia dochodziły do Dzikowa tylko głuche odgłosy strzałów armatnich, pochodzące z bitew, jakie toczyły się wówczas pod Kraśnikiem, Kielcami, następnie pod Niedrzwicą i Lublinem. Ludzie wsłuchiwali się w ten huk armatni, a niektórzy chcąc go lepiej słyszeć, przykładali ucho do ziemi i w ten sposób potrafili nawet rozróżnić strzały rosyjskie od austrjackich.
Tak było od pierwszych dni września. Mówiono i pisano tylko o zwycięstwach austrjackich pod Kraśnikiem, Lublinem. Ogół nie wiedział o tym, że armja austrjacka zmaga się tam z wielkiemi trudnościami, a to głównie z powodu lichych dróg w tamtych stronach i spotkania się z nieprzyjacielem bardzo dobrze przygotowanym do walki. Więc wprawdzie armja ta zmusiła Rosjan do cofania się pod Kraśnikiem, następnie pod Niedrzwicą, ale już pod Lublinem nie mogła przełamać ich oporu i zaczęła się stamtąd szybko cofać, (co było też w związku z klęskami, jakie równocześnie poniosły armje austrjackie, walczące dalej na wschód).
Odwrót ten jednak był przez dowództwo austrjackie starannie ukrywany i do ostatniej chwili ogół o nim nic nie wiedział.
Nagle 9 września zrana zaalarmowały tutejsza ludność bliskie strzały armatnie tuż z pod Sandomierza. Ze wzgórzy dzikowskich można było rozróżnić, że Rosjanie prą na Sandomierz, broniony przez Austrjaków. Od kul armatnich wybuchały w różnych miejscach pożary. Baterje rosyjskie ostrzeliwały w dalszym ciągu most w Sandomierzu, składy żywności i amunicji w Nadbrzeziu, stację w Sobowie. Granie armat rozlegało się do późnego wieczora.
A choć kule rosyjskie nie wyrządzały większej szkody, wszczął się jednak popłoch między robotnikami zatrudnionymi w składach wojskowych w Nadbrzeziu. Pracowało tam bowiem do 1.000 ludzi w oddziałach robotniczych. Pod wieczór przybywali oni bezładnie do Tarnobrzega, powiększając tu strach i popłoch, który się zaczął zrana od pierwszych wystrzałów armatnich.
Już wtedy z obawy przed większemi bitwami zaczęli niektórzy wyjeżdżać z Tarnobrzega, a przedewszystkiem bogatsi żydzi i panie, między niemi nawet takie, które zaciągnęły się do pracy w organizacji Czerwonego Krzyża.
W następnych dniach bitwy zbliżały się coraz bardziej w te strony tak, że w niedzielę 13 września główne siły rosyjskie przekroczyły San pod Wrzawami, a Tarnobrzeg i Dzików ostrzeliwany był tegoż dnia przez armaty rosyjskie z za Wisły. Kule rosyjskie kierowane były głównie na stację kolejową w Tarnobrzegu, żadna jednak nie dosięgła dworca i toru kolejowego, ale padały przeważnie na polach dzikowskich, zwanych Nawozami. Uszkodziły tu jeden dom, z którego od kuli szrapnelowej spadła wszystka dachówka, jakby liście z drzewa. Armatom rosyjskim odpowiadały działa austrjackie, ukryte na wzgórzu tarnobrzeskim »Wianku« i na folwarku Wymysłowie. Ogień armatni trwał do południa. Kule wychodziły z hukiem, wyły w powietrzu i padały z trzaskiem na ziemię.
Trwoga ogarnęła ludność miejscową, której po raz pierwszy zaświstały kule nad głowami. Jedni kryli się koło swoich domów, najwięcej w piwnicach, inni uciekali, chcąc oddalić się od Wisły i wydostać się poza obręb strzałów. Przedewszystkiem rzucili się do ucieczki żydzi tarnobrzescy, unosząc z sobą część mienia, jak pościel, wydalała się też część ludności chrześcijańskiej. Po południu, gdy bitwa ucichła, wielu wracało napowrót do swych domów, wszyscy jednak żyli w obawie, że w najbliższym czasie mogą się wznowić groźniejsze wypadki.
Nazajutrz, 14 września, główne siły rosyjskie i austrjackie biły się już z tej strony Sanu, pod Rozwadowem i Zaleszanami, 3 mile od Tarnobrzega, więc dochodziły tu ogłuszające odgłosy ognia armatniego.
Wtedy dopiero stało się widocznem, że cała armja austrjacka spod Lublina cofa się. Wielu, którzy widzieli tę świetną armję, wkraczającą do Królestwa Polskiego, do ostatniej chwili nie chciało uwierzyć, żeby ona nie sprostała nieprzyjacielowi i ustępowała mu. A jednak armja ta cofała się, ale już nie szosą, którą szła poprzednio, na Tarnobrzeg wzdłuż Wisły, gdyż droga ta mogła być już z za Wisły przez nieprzyjaciela ostrzeliwaną, ale cofała się po lichych drogach polnych i lasowych, przez wsie: Żupawę, Ślęzaki itd.
Ze świetnych pułków, które poszły za Lublin, wracały tylko strzępy: wielu poległo, było rannych lub dostało się do niewoli; z trenu wiele przepadło, bo wskutek ciężkich dróg psuły się wozy, padały konie, dużo zabierał nieprzyjaciel. Na żołnierzach znać było zmęczenie i poniewierkę.
Przede wszystkim cierpieli z powodu głodu. Przechodząc przez wsie, prosili o chleb, — chcieli płacić i pieniądze trzymali w rękach, — ale ludność wsiowa mogła zaledwie pierwsze oddziały obdzielić jakimiś prowiantami, dla następnych nic nie było gotowego. Zgłodniali żołnierze wyrywali kapustę w polu i jedli z niej głąbie; jedli marchew pastewną, a nawet surowe ziemniaki. Wpadali do domów i często przemocą zabierali, co się dało, do jedzenia. Były wypadki, że wydzierali chleb piekący się z pieca lub ziemniaki gotujące się z garnka.
Jak opowiadali, od kilku dni nie mogli się należycie pożywić, gdyż postępował za nimi pośpiesznie nieprzyjaciel, a przytem magazyny i treny z żywnością wpadły w jego ręce lub zostały zniszczone.
Nadto rozluźniła się znacznie karność i porządek w szeregach: wielu wyczerpanych trudami wlokło się bezładnie z tyłu, inni, aby sobie ulżyć, wyrzucali po drodze naboje, pozostawiali na miejscach spoczynkowych tornistry, a nawet karabiny.
Mimo wszystko pewna część nie straciła jeszcze nadziei zwycięstwa. Ci mówili, że cofają się tylko dlatego, żeby wciągnąć za sobą w głąb Galicji Moskali, tu ich otoczyć i pobić.
Stało się tu już pewnem, że w ślad za cofającą armją austrjacką wkroczą Moskale. Wskutek tego wyjeżdżała z Tarnobrzega wielka część żydów, którymi były zapełnione całe pociągi i reszta inteligencji urzędniczej. Wyjechali też ze szpitala wszyscy lżej ranni i mniej chorzy żołnierze. Wieczór 14 września odeszły ze stacji tarnobrzeskiej ostatnie pociągi. Kto już na pociąg nie zdążył, a chciał usunąć się stąd, podążał jeszcze pieszo drogą na Majdan, Kolbuszowę ku Rzeszowowi itd. Wielu porzucało swoje domy i szło na tułaczkę bez rzeczywistej potrzeby, a tylko ze strachu przed Moskalami i przed kulami. Nie było uspokojenia urzędowego i wezwania do ludności, ażeby nie opuszczała swoich siedzib, a natomiast rozchodziły się potworne pogłoski, że "Moskale będą wieszać", że "mężczyzn pozostałych wcielają do swych szeregów" i t. p.
Miasto zupełnie opustoszało, pozostała w niem tylko garstka inteligencji i mieszczaństwa chrześcijańskiego, przytem najbiedniejsi żydzi, zapanowała cisza jak przed burzą.
Chłopi nie ruszali się przeważnie ze swoich gospodarstw. Mówili wtedy: "Co będę uciekał od swego" albo "Co będę uciekał przed śmiercią, skoro wcześniej czy później umrzeć trzeba". Pozostali też wszędzie księża, a z ust jednego z nich słyszałem wtedy: "Gdzie owce, tam i pasterz, cóż by to był za pasterz, który by w niebezpieczeństwie porzucał swoje owce"? W znacznej części pozostali po wsiach nauczyciele ludowi. W Dzikowie pozostał na miejscu hr. Zdzisław Tarnowski z żoną.
Ci, którzy nie uciekali, przygotowywali sobie schroniska na czas bitew, kopiąc przy domostwach duże doły mające najmniej 1 m. nasypu ziemnego. Niektórzy wyjeżdżali z dobytkiem, jaki mogli zabrać do lasów okolicznych, sądząc, że tam bezpieczniej będzie przetrwać walki. Jedni z tych zaraz wracali do domów, zaznawszy pierwszych niewygód uchodźstwa, inni nieco później, naraziwszy się często na wielkie niebezpieczeństwa, — gdyż — jak się pokazało — lasy nie dawały schronienia przed bitwami.
Wieczór 14 września hr. Zdzisław Tarnowski prosił mnie o przybycie do zamku. Gdy tam przyszedłem, oznajmił mi, że nazajutrz rano będziemy mieli w Dzikowie Moskali, prosił przytem o ogłoszenie w gminie, ażeby ludność zachowała się spokojnie i nie dawała powodu nieprzyjacielowi do ostrzejszych zarządzeń. Oświadczył też, że pozostaje na miejscu, mówiąc: "Dzieliłem z wami dobrą, będę dzielił i złą dolę".
We wsi wraz z nocą nastał spokój, nawet cisza, mało kto jednak spał, każdy z niepokojem oczekiwał następnego dnia.
Nazajutrz o godz. 8-mej rano, idąc do kancelarji gminnej, ujrzałem patrol rosyjską, składającą się z dwu dragonów. Natknęli się właśnie na 2 żołnierzy austrjackich, którzy nie zdążyli się jeszcze stąd wycofać, więc wywiązała się między nimi krótka strzelanina, po czym pierwsi i drudzy zawrócili w swoje strony. Nie zeszło godziny, gdy przybyły patrole rosyjskie w większej sile. Zajeżdżają do zamku, biorą z sobą hr. Zdzisława Tarnowskiego i każą się dalej prowadzić. Wjeżdżają do miasta i tu zderzają się z podjazdem austrjackim. Kulki zaczęły świstać, a w czasie tej walki hrabia schronił się szczęśliwie w boczne ulice. Również w innych miejscach patrole się ścierały i strzały odzywały się coraz częstsze. W taki czas niebezpiecznie było wychodzić na ulicę, każdy też chował się w domu.
Koło południa stanął już na mojem polu, którego mam koło domu prawie dwie morgi, tren rosyjski. Wóz stanął koło wozu, tak że konie wierzchowe, należące do trenu, nie mogły się już pomieścić. Dowódca trenu skierował się do mego domu. Wszedł do stancji z uprzejmem polskiem pozdrowieniem i prosił, ażebym pozwolił na wprowadzenie koni wierzchowych na podwórze. Zgodziłem się na to i wyszedłem z nim na podwórze, on zaś widząc, że mam w stodole zboże i siano, a w ogrodzie ładne owoce, zabronił żołnierzom najsurowiej wchodzić tak do stodoły jak i ogrodu. Widziałem z tego, że Moskale nie są tak źli, jak o nich mówiono, skoro proszą nawet o pozwolenie na wprowadzenie koni na podwórze i wiązanie ich do płotu. Toteż od tej chwili pozbyłem się obawy przed nimi.
Tymczasem pod bokiem Tarnobrzega przygotowywały się krwawe bitwy. Austrjacy zatrzymali się w Machowie, w odległości 5 klm. od Tarnobrzega, i okopy ich biegły stamtąd przez Chmielów, Cygany i dalej ku wschodowi, naprzeciw zaś nich okopali się, od Miechocina począwszy, Rosjanie. Na tych stanowiskach toczyła się zacięta bitwa przez 3 dni: 15, 16 i 17 września. Dniem i nocą rozlegał się huk armat i trzask karabinów. Na wieży klasztornej usadowił się oficer rosyjski i przez telefon podawał komendę, jak mają bić armaty. Austrjacy odkryli to i w trzecim dniu ostrzeliwali kościół. Odłamki szrapneli padały wtedy na nasze domy, byliśmy w największym niebezpieczeństwie, siedzieliśmy w piwnicach.
Straszniejszy niż sama bitwa był rabunek, który odbywał się w Tarnobrzegu w czasie tej 3-dniowej bitwy. Moskale odbijali sklepy, opuszczone przez żydów, wyrzucali towary na ulicę, sami brali, co się im podobało, ładowali na swoje wozy, resztę kazali brać ludności cywilnej, czasem zmuszali do brania albo sprzedawali za bezcen. Znaleźli się przytem ludzie chciwi, niepomni na przykazania Boże, którzy nadciągali do miasta z bliższych i dalszych wsi, nawet z za Wisły, i brali udział w grabieży. Po paru dniach sklepy były tak ogołocone, że za pieniądze nic nie kupił.
Jednocześnie rabusie w szynelach rosyjskich wdzierali się do domów prywatnych, opuszczonych przez właścicieli i wykradali, co mogli. W ten sposób pastwą rabunku padło wiele domów żydowskich i urzędniczych. Do domu dr. Surowieckiego zajechały podwody, na których wywieziono całe urządzenie mieszkania. Kasy ogniotrwałe zostały wszędzie porozbijane.
Należy jednak zaznaczyć, że ogół ludu wiejskiego wykazał wtedy wysoką moralność, nie brał udziału w rabunkach i nie chciał kupować rzeczy zrabowanych, choć były za bezcen i cierpiało się na brak towarów.
Wśród bitew i rabunku wybuchały pożary. W Tarnobrzegu spalił się ratusz, kilka budynków przy ulicy Kolejowej, koszary straży skarbowej. Wieża klasztorna została uszkodzona kulami armatniemi, wszystkie okna w kościele uległy zniszczeniu. W nocy ukazywały się na niebie olbrzymie łuny, pochodzące z pożarów w różnych miejscowościach.
Nazajutrz po wkroczeniu Moskali otrzymałem wezwanie, abym się stawił jako wójt do oficera rosyjskiego, który zamieszkał w zamku hr. Tarnowskiego. Gdy tam poszedłem, otrzymałem polecenie pod osobistą surową odpowiedzialnością, ażebym w całej gminie ogłosił, że wszyscy mieszkańcy mają złożyć u mnie do godz. 2-ej wszelką broń, jaka się u nich tylko znajduje. Każdemu, kto by broń u siebie zatrzymał, groziła kara śmierci przez powieszenie. Po obwieszczeniu tego rozkazu w gminie złożono u mnie 2 liche strzelby, 2 pistolety, z tych jeden zepsuty i jedną szablę. Tyle oddałem oficerowi, gdy przyszedł do mnie na oznaczoną godzinę z kilku żołnierzami. Oświadczył, że to mało i groził, że będzie źle, jeżeli u kogo broń znajdzie. Skończyło się jednak na tem i żadnego poszukiwania za bronią nie było.
W Mokrzyszowie jednak, gdzie żydzi nie oddali wtedy broni złożonej u nich przez żandarmów austrjackich i broń ta następnie została przez Moskali odkrytą, 5 żydów z jednej rodziny zostało powieszonych.
Po 3-dniowej bitwie Austrjacy zmuszeni byli do dalszego cofania się ku południowi na Mielec i Dębicę. Armia rosyjska poszła dalej za nimi. W ten sposób byliśmy uwolnieni od nawały wojsk i trochę odetchnęliśmy, ale pozostaliśmy pod panowaniem Moskali.
Wkroczenie Moskali łączyło się z wieloma gwałtami i nadużyciami. W pierwszych dniach wynikały one głównie z tego powodu, że Moskale dobrali się do gorzelni hr. Tarnowskiego w Dzikowie. Dopóki trwały bitwy, gorzelnia ta była strzeżona przez warty rosyjskie, gdy zaś główne siły rosyjskie poszły dalej i warty zostały ściągnięte, rzuciło się na gorzelnię i połączoną z nią rafinerię wojsko z rezerwy, rabowali wódkę i pili bez miary. Następnie pijani dopuszczali się różnych gwałtów, zaczepiając szczególnie kobiety. Ponieważ było niebezpieczeństwo, że gwałty pijanego żołdactwa mogą przybierać coraz większe rozmiary, wyszło rozporządzenie miejscowej władzy wojskowej, żeby niszczyć w gorzelni wszystkie wódki i spirytus.
Wódki we flaszkach były już przeważnie rozgrabione, wylewano więc do kanałów różne wódki z beczek, wszystkiego razem kilka wagonów.
Następnie wylewano spirytus z wielkich zbiorników żelaznych, razem kilkanaście wagonów. Spirytus wypompowano do rowów przydrożnych, którymi płynął strumieniami. Gdy to spostrzegli żołnierze z oddziałów przechodzących drogą, czerpali go w manierki, a nawet dłońmi i pili na miejscu, a ludność okoliczna nosiła w różnych naczyniach do domów. Żeby obrzydzić czerpanie spirytusu z rowów, zgarnywano tam wszelkie nieczystości z gościńca, głoszono, że jest zatruty, wszystko to jednak nie pomagało. W końcu musiano zapalić go i w ten sposób zniszczyć.
Dwór w ogóle poniósł wtedy wielkie straty. Wojsko grabiło nagromadzoną w stertach i stodołach paszę i zboże, uprowadzano konie, chwytano bydło pasące się w polu i zarzynano, tępiono zwierzynę. Wreszcie sam hrabia został aresztowany pod zarzutem sprzyjania Austrjakom i wywieziony z zamku dnia 2 października 1914 r.
Bardzo wrogo i bezwzględnie obchodzili się Moskale z żydami, chociaż ci starali się zachować wobec wkraczających wojsk rosyjskich uprzejmość i ujmować je sobie różnymi grzecznościami. Gdy w czasie bitwy jeden żydek przerwał przez nieświadomość telefon w mieście, Moskale zgromadzili w rynku wszystkich żydów i publicznie wymierzali im chłostę nahajkami, następnie kilkunastu z nich uwięzili jako zakładników z zagrożeniem, że będą straceni, jeżeli telefon w mieście ulegnie jeszcze uszkodzeniu. W Mokrzyszowie, jak wspomniałem, stracili 5 żydów za przechowanie broni, a na drodze pod Nagnajowem powiesili dwóch z Tarnobrzega, posądzonych o szpiegostwo.
Mnie osobiście nie wyrządzili żadnej krzywdy. Przez trzy tygodnie było ich u mnie zawsze pełno na podwórzu i na polu przy domu. Przez cały ten czas ze stodoły i ogrodu nic mi nie ruszyli, o wszystko, co im było potrzeba, prosili i za wszystko płacili albo też płacić chcieli. Ci, którzy mogli rozmówić się po polsku, przychodzili do mnie do domu na pogadankę i ciągle wzdychali, żeby się wojna jak najprędzej skończyła i »mir« nastał. Tego najwięcej pragnęli.
Młode kobiety, panny, zrazu kryły się przed nimi gdzie mogły, później jednak wychodziły do kościoła, w pole i nie było wypadku, żeby były zaczepiane.
Od nadużyć ze strony wojska chroniło najwięcej to, że z nakazu władz wojskowych zapasy wódki i spirytusu były wszędzie wylewane i niszczone i trunki alkoholowe były najsurowiej zakazane. Nie wolno było sołdatowi sprzedać wódki, a pijanemu żołnierzowi groziły również ciężkie kary.