Pochód wojsk austrjackich na Lublin
Wśród wieści o walkach za Sanem koło Radomyśla i o zajęciu przez Austrję lewego brzegu Wisły od Sandomierza w górę rozpoczął się olbrzymi pochód wojsk austrjackich na Kraśnik i Lublin. Były to wojska należące do korpusu krakowskiego, złożone przeważnie z Polaków, w mniejszej części z Czechów i Niemców. Wszystkie przeciągały przez Tarnobrzeg i Dzików.
Dnia 12 sierpnia przejechał przez Tarnobrzeg pociągami kolejowemi pułk czeski z Ołomuńca. Na przyjęcie przejeżdżających złożyła ochotnie ludność okoliczna, zwłaszcza z Dzikowa i Tarnobrzega, na wezwanie zwierzchności gminnych, różne wiktuały, jak: wędliny, owoce, napoje. Rozdzielaniem przekąsek na stacji zajmowało się grono pań miejscowych, nadto zgromadziły się tam tłumy ludności okolicznej. Żołnierze Czesi przedstawiali się dobrze, śpiewali czeskie pieśni, na powitanie zebranej publiczności wołali: "nazdar!"
Dnia 17 sierpnia zatrzymał się w Dzikowie bataljon pospolitego ruszenia z okolic Krakowa. Przymaszerował spod Szczucina, gdzie przez pewien czas stał za Wisłą. Żołnierze opowiadali, że wszędzie w czasie marszu ludność witała ich bardzo serdecznie, raczyła mlekiem, chlebem, owocami i t. p. Kobiety żegnały ich wszędzie z płaczem, jako idących na wojnę.
Dnia 18 sierpnia przejechały przez Dzików 3 baterje kanonierskie, które budziły wielkie zainteresowanie. Niektórzy po raz pierwszy w życiu mieli sposobność widzieć armaty. — Tegoż dnia zatrzymał się w Tarnobrzegu oddział sanitetów, nadto oddział pionierów. W tym ostatnim oddziale było wiele rzeczy godnych widzenia, jak: pontony, materjały do budowy mostów, życie obozowe i t. p. Konie w trenie pochodziły z niedawnego poboru po wsiach i dworach, niektóre z Dzikowa, i te poprzedni właściciele z łatwością rozpoznawali. Konie pobrane od chłopów trzymały się dobrze, niektóre wyglądały nawet lepiej niż przedtem u gospodarzy, zajadały ze smakiem owies, którego u chłopów nieraz łaknęły, — natomiast pochodzące z dworów straciły wiele na wartości. Dwa konie zamkowe z Dzikowa zmieniły się do niepoznania. Szkodził im ciągły pobyt w drodze, nie smakowała pasza, stały smutne, uwiązane u kołka. Po południu tegoż dnia przepłynęły Wisłą galary z armatami. Wieczorem przejechał przez Dzików długi szereg wozów z amunicją.
Dnia 19 sierpnia w południe przybył do Dzikowa pułk piechoty, rekrutowany w okolicach Żywca. Zatrzymał się tu na wypoczynek i nocleg. Wszystkie zagrody zajęte były przez wojsko. Oficerów przyjęto w domach, żołnierze spali w stodołach. U mnie w stodole i szopach spali żołnierze, nadto były karabiny maszynowe i kilka koni. W innych też wsiach, począwszy od Baranowa, nocowały wtedy różne pułki. Duch w wojsku był dobry, była wiara, że Moskala pokonają, — mniej było takich, którzy powątpiewali w możność zwyciężenia Rosji i którzy mówili: "My dobrze przyładowani, ale oni na nas pewnie jeszcze lepiej".
Główny jednak przemarsz wojsk, należących do korpusu krakowskiego, nastąpił 20 sierpnia. Przemarsz przez Dzików rozpoczął się tego dnia wczesnym rankiem, a trwał bez przerwy cały dzień do późnego wieczora. Dzików nigdy czegoś podobnego nie widział. Przeszły pułki: cieszyński, bialski, krakowski, bocheński, sądecki i inne, przechodziły należące do tych pułków orkiestry, konnica, baterje kanonierskie, oddziały pionierskie, saniteckie, kuchnie polowe, a na końcu ciągnęły samochody i olbrzymia ilość podwód chłopskich z pod Tarnowa, Bochni, Krakowa, Żywca. Wyglądało to na istną wędrówkę ludów, wszystko zmierzało ku północy, za San, na Kraśnik i Lublin. Wojska te drogę do Tarnowa przebyły kolejami, stąd maszerowały, robiąc po 3–4 mile dziennie.
Po przemarszu tych wojsk piechotnych i zaprzęgów gościniec pod wieczór wyglądał jakby zdarty wierzchem, a miejscami potworzyły się takie wyboje, że ciężkie wozy nie mogły przejechać.
Żołnierze mimo, że dźwigali ciężkie tornistry (35 do 40 kg. wagi) szli dziarsko, ze śpiewem, rzucali w przechodzie przyglądającej się publiczności żartobliwe pytania: "Jak daleko Warszawa, Petersburg", albo "Czy Moskal jeszcze nie uciekł" i t. p. Wszędzie po drodze darzyła ich ludność czem mogła: napojem, owocami, kwiatami, życzeniami szczęśliwego powrotu.
W następnych dniach, od 21 sierpnia do 3 września, przechodziły ciągle ku Sandomierzowi mniejsze i większe oddziały wojsk pieszych i konnych, Wisłą zaś przepływały galary z armatami i wojskiem, — jednakże po przemarszu głównej siły budziły mniej zainteresowania. — 25 sierpnia zatrzymała się na noc w Dzikowie i wsiach okolicznych brygada pospolitego ruszenia z niemieckich krajów austrjackich: Austrji Dolnej, Górnej, Salzburga, Tyrolu. Ci pierwsi zaczęli się obchodzić z ludnością bezwzględnie i szorstko: w stodołach rozwiązywali niemłócone snopki i robili sobie posłanie, brali naczynia kuchenne z domów i prali w nich swoją bieliznę i t. p. Mówili, że idą walczyć za Polskę, więc należą się im wygody. Po odejściu ich narzekano powszechnie, że narobili więcej szkody niż wszystkie poprzednie wojska razem.
Jechały też w dalszym ciągu, zdawało się bez końca, podwody chłopskie do przewożenia prowiantów i amunicji dla wojska. Podwód tych przejechało przez Dzików tysiące.
Największy podziw budziły podwody górali ze Spiża, którzy byli różnej narodowości: Polacy, Słowacy, Węgrzy, Niemcy. Mieli oni wozy grube, mocne, konie rosłe, ogromnie wytrwałe, bo choć były w drodze od szeregu dni i przebyły kilkadziesiąt mil, nie widać było na nich znużenia, szły rączo i strojnie, jakby dopiero co z domu wyszły. Podwody te szły pod Lublin próżne; tam dopiero miały być użyte do transportów. — Przejechało też między innemi kilkaset furmanek chłopskich z Kieleckiego, naładowanych owsem, prowadzonych przez honwedów węgierskich. Konie w tych podwodach były niewielkie, ale krępe i rącze, wozy lekkie, zgrabne, uszykowane na modę krakowską.
Takie siły przeszły drogą na Tarnobrzeg, równocześnie — jak przejezdni opowiadali — druga armja austrjacka szła drogami po przeciwnej stronie Wisły, inne zaś ciągnęły do Królestwa Polskiego od Przemyśla i Lwowa. Z armjami zaś austrjackiemi współdziałały przeciw Rosji armje pruskie.
Było więc przekonanie, że Austrja i Niemcy zwyciężą, że wojna toczyć się będzie poza granicami tych państw i oddalać coraz bardziej ku wschodowi. Ci, którzy pamiętali powstanie z 63 roku, podnosili, że wtedy słabe stosunkowo siły trzymały się przeciw Rosji przez 1 ½ roku, więc tak potężne mocarstwa dadzą Rosji radę niechybnie.
Dla armji, która przeszła na Lublin, ściągano nad granicę olbrzymie zapasy żywności i amunicji i założono ogromne magazyny w Nadbrzeziu i Rozwadowie.
Cała ta wyprawa odbywała się wśród pięknej pogody, gdyż od wybuchu wojny przez sierpień i połowę września panowała pogoda, ciepło, nawet upalne gorąco.
Olbrzymiemu temu pochodowi przyglądały się po drogach rzesze ludności, odrywając się od zajęć codziennych. Szczęściem, że wojna wybuchła z początku sierpnia, kiedy już zbiory zboża i paszy były na ukończeniu, bo po mobilizacji reszta robót gospodarskich, jak: zbiór jęczmienia, prosa, potrawów itp. postępowała już bardzo niesporo, każdemu bowiem na myśli była wojna. Mówiono przytem powszechnie: "My zbieramy i pracujemy, a nie wiadomo, kto to będzie pożywał"?
W tymże czasie odbywał się pobór nowych rekrutów. Najpierw zgłaszali się do starostwa rekruci, którzy, przebywając na robotach w Niemczech, nie stawili się do poboru wojskowego we właściwym czasie. Takich z Tarnobrzega odjechało kilkuset do Rzeszowa, gdzie była komisja poborowa. Z samego Dzikowa było ich 13.
Dnia 21 sierpnia było częściowe zaćmienie słońca, trwające od godz. 1–2½ po południu, które przy pięknej pogodzie bardzo dobrze dało się widzieć. Zaćmienie to było zapowiedziane ze starostwa okólnikami, żeby ludność nie uważała zjawiska tego w czasie wojny za wróżbę jakichś nieszczęść.
Nazajutrz pojawił się po raz pierwszy w tych stronach balon wojskowy (Zeppelin), bardzo pilnie przez wszystkich oglądany. Płynął wzdłuż Wisły ku Sandomierzowi.
Z wojną tą łączono od początku sprawę polską. Było przekonanie, że wojna światowa doprowadzi do wskrzeszenia państwa polskiego. 26 sierpnia odbyło się w Tarnobrzegu w Radzie powiatowej liczne zebranie w sprawie Naczelnego Komitetu Narodowego i legjonów polskich po stronie Austrji. Na zebranie przybyło wielu włościan, nauczycielstwa, inteligencji. Przewodniczył marszałek pow., Zbigniew Horodyński. Przemawiali dwaj delegaci Naczelnego Komitetu Narodowego z Krakowa: o powstaniu tego Komitetu, o tworzących się legjonach i potrzebie powiatowej organizacji narodowej. Po krótkiej dyskusji utworzono Komitet powiatowy, którego przewodniczącym został marszałek powiatu.
Od początku wojny dużo niezadowolenia wśród ludności budziło zachowanie się żydów, którzy — choć Austrji sprzyjali — wykręcali się od wszelkich świadczeń wojennych. Przy ogólnej mobilizacji mały procent żydów poszedł do wojska i na wojnę, podczas gdy wśród ludności chrześcijańskiej odrazu był widoczny duży ubytek mężczyzn. Prócz tego ci, którzy wzięci byli do wojska, zgłaszali się jako chorzy do szpitali, lub pełnili służbę na stacjach, posterunkach, w magazynach, gdzie nie groziło żadne niebezpieczeństwo, a tylko bardzo niewielu szło do służby polowej. Nadto wieś jedynie dawała kwatery dla wojska, gdyż w brudnych miasteczkach, zaludnionych przez żydów, nie mogło się ono zatrzymywać na noclegi. Wieś też ponosiła cały ciężar dostarczania podwód. Nawet do naprawy dróg pociągana była wyłącznie ludność chrześcijańska, odrywana od robót polnych, domowych i od warsztatów, podczas gdy ogół żydów wystawał bezczynnie na mieście. Gdy wreszcie pod naporem opinji zaczęto ich pociągać do pracy na drogach, uciekali i kryli się po domach, piwnicach, strychach, gdzie tylko mogli. Musiano ich przemocą chwytać, wsadzać na samochody i w ten sposób dostawiać na miejsce robót.
Wielką też plagą od wybuchu wojny stało się plotkarstwo o wydarzeniach wojennych, szerzone przez ludzi wszystkich warstw. Jedni o pogodnem usposobieniu mówili najchętniej o zwycięstwach, których najczęściej nie było, inni zgryźliwi, biadali o klęskach i nic dobrego nie wróżyli, inni wreszcie podszyci strachem szerzyli ciągle popłoch. W wieściach rozpowszechnianych tkwiła albo tylko drobna część prawdy, albo zgoła były one nieprawdziwe i nieprawdopodobne.
Gdy n. p. zaczęła się wojna z Serbją, powstawały ustawicznie pogłoski o zdobyciu Belgradu, nawet całej Serbji, a w dzień urodzin cesarza Franciszka Józefa, 18 sierpnia 1914 r., opowiadali niektórzy z uporem, że cesarz otrzymał na wiązanie »klucze od Serbii«, t. j. kraj ten podbity.
To znowu, gdy rozpoczęły się walki za Sanem, opowiadano, że Moskale obwarowują się w Pniowie, wsi mającej górne położenie nad Sanem, że do kościoła tamtejszego wprowadzili armaty, a z wieży śledzą ruchy wojsk austrjackich i tak panują nad całą okolicą. Opowiadano dalej o bitwie pod Pniowem, że wojsko austrjackie podeszło tam w odpowiedniej sile, w czasie walki działowej kościół zwalił się w gruzy, Moskale wyginęli co do jednego, a zdobyte armaty rosyjskie wystawiono na widok publiczny w Rozwadowie w rynku. Tymczasem wszystko to było zmyślone: nie było żadnej bitwy pod Pniowem, kościół jak stał tak stoi dotychczas, były tam wówczas tylko potyczki pod Radomyślem.
Albo chłopi w Królestwie Polskiem po wkroczeniu tam oddziałów austrjackich opowiadali, że oddziały te przeszły przez Wisłę po "mostach gumowych", i o tych mostach mówili między sobą i podawali wiadomość dalej, a nikt nie poszedł na miejsce, żeby to naocznie sprawdzić, choć mieszkali przy Wiśle.
Gdy zaś przyszło do wielkich bitew w tej wojnie światowej, przeróżnym plotkom nie było końca. Mówiono to o wielkich zwycięstwach, to o strasznych klęskach, a wieści te były najczęściej mylne i w znacznej części pochodziły z gazet.
W rzeczywistości było w tych stronach tak, że mniejsze oddziały rosyjskie za Sanem i Wisłą cofały się na razie pod naporem sił austrjackich. Była tu wówczas powszechna radość, że Austrja, a z nią sprawa polska zwycięża, mówiono też, że wojna zakończy się w paru miesiącach.