Wielkie zniszczenie po trzech miesiącach wojny
Wojna trwała dopiero trzeci miesiąc, a już widać było na każdem miejscu straszny jej posiew. Na wsi panował już niedostatek wszystkiego. A trzeba zaznaczyć, że rok 1914 pod względem plonów był pomyślny dla rolników. W polach i ogrodach były ładne urodzaje, zboża i pasze zebrano z pogodą.
Stodoły szczelnie o tej porze wypełnione i zazwyczaj starannie przez gospodarzy utrzymywane, świeciły przeważnie pustką, były roztrzęsione, zagnojone. Przyczyniły się do tego ustawiczne postoje wojskowe, a zwłaszcza konnicy. Żołnierze bowiem rozkładając się na wsi na nocleg, nie zważali najczęściej, że zboże niemłócone,a siano stanowi karmę dla bydła, ale rozwiązywali na posłanie snopki ze zbożem i układali się na wyborowej paszy. Koniom zadawano paszy więcej niż mogły przejeść, więc one nie tyle zjadły, ile nogami stratowały i w gnój wdeptały. A najgorsze było wprowadzanie koni do stodół, gdzie jadły z pełnego zapola i gnój robiły na boisku. Niektóre oddziały płaciły za wziętą paszę, ile się należało, inne płaciły zaledwie część wartości, znaczna część jednak nie płaciła.
W gospodarstwach brak było koni i wozów, nie było czem ukończyć zbiorów jesiennych, uprawić pola na zimę, zasiać oziminę, przywieźć drzewa z lasu. Zaraz bowiem po mobilizacji poszła na wojnę pewna liczba podwód; wykazana równomiernie z każdej wsi przez starostwo. Dzików dostarczył wtedy 15 podwód. Potem jednak, gdy za główną armją szły dalsze oddziały wojskowe, brano po drodze podwody bez żadnej kontroli. Nieraz żołnierz wpadał, zabierał gospodarza na podwodę, od robót gospodarskich, a gdy sam gospodarz nie mógł jechać, zabierał mu konie z wozem albo sam wóz lub konie, albo tylko jakąś część wozu, np. koła, według tego co mu było potrzebne. Bywało też, że zostawiał gospodarzowi konie liche, wyczerpane drogą, a zabierał dobre, albo porzucał wóz zepsuty, a brał dobry, nie dając na to żadnego pokwitowania. Często gospodarze wzięci na podwody, narażeni tam na śmierć, głód i poniewierkę, porzucali po pewnym czasie swoje zaprzęgi i sami wracali do domu, często byli zmuszeni pozostawić je w drodze, bo konie ustawały im z utrudzenia. W ten sposób gospodarze potracili swoje zaprzęgi w całości lub w części, a w trzecim miesiącu wojny plątały się po wsiach jedynie konie chore, niezdatne już do podwód wojskowych i zostały tylko wozy zepsute, nie nadające się do użytku.
W każdem gospodarstwie chłopskiem, mniejszem czy większem utrzymała się wówczas tylko jedna krowa, reszta wybrana była na rzeź dla wojska. Krowy brane były z początku według wykazu ze starostwa po cenie targowej, potem bez wszelkiego rachunku.
W przeważnej części domów nie było już nawet prosięcia, a za pobrane sztuki płacili bardzo licho, nieraz ledwie połowę lub trzecią część tego, co były warte.
Drób, t. j., gęsi, kaczki, kury, wytępiony był tak, że w niektórych wsiach trudno było o jakiego ptaka domowego. Drób zaczęli wybijać Moskale, zwłaszcza Kozacy, którzy umieli ścinać go zręcznie szablami. Brali go zupełnie samowolnie, najczęściej nic nie płacąc. W ogóle co do zapłaty, zawsze więcej płacili Austrjacy niż Rosjanie.
Wszędzie, gdzie tylko wojsko stało, zniszczone zostały pasieki. Najpierw Moskale zaczęli rabować ule, mianowicie otwierali je, pszczoły podpalali, a miód wydzierali. W taki zbrodniczy sposób niszczyli całe gospodarstwo pszczelarskie, żeby zdobyć trochę miodu.
Płoty były rozebrane, zniszczone, a zagrody rozgrodzone, gdyż wojsko w czasie postojów, a zwłaszcza Moskale palili najchętniej płotami.
Tak przedstawiały się wsie, przez które przechodziły wojska i odpoczywały. Wsie zaś leżące na linjach, na których przez dłuższy czas toczyły się bitwy, przedstawiały obraz daleko większego zniszczenia.
Po przemarszach wojskowych na drogach potworzyły się głębokie wyboje tak, że łamały się w nich koła, grzęzły wozy. Wyboje te wypełniano gałęziami i drzewem i w ten sposób możliwa była dalsza komunikacja. Ucierpiały przez to bardzo drzewa przydrożne, które obcinano i ścinano na taką naprawę dróg. Piękne gościńce w tych stronach zmieniły się do niepoznania. Pola przydrożne były pozajeżdżane, gdyż miejscami lepszy był przejazd polami niż gościńcem.
Co kilka kroków leżały przy drogach konie padłe z wyczerpania. Grzebali je na miejscu żołnierze, a w większej części ludność wsiowa w obrębie swoich gmin. Niektóre leżały niezakopane po parę tygodni.
Główna robota po wsiach w czasie przemarszów, postojów wojskowych i bitew polegała na ustawicznym porządkowaniu i ukrywaniu pozostałego mienia, to znów na wydobywaniu go na wierzch, gdy niebezpieczeństwo minęło. — Ubrania pościel, zboże chowali w piwnicach albo zakopywali w pakach w ziemi, co jednak nie było dobre, gdyż rzeczy tak ukrywane butwiały i psuły się, nadto Moskale umieli natrafiać na ślad takich schowków i rabowali je. — Ziemniaki dołowano w polu równo z ziemią, nie w kopcach, i w ten sposób dobrze się przechowywały. Konie wyprowadzali do lasów i kęp albo trzymali w ciemnych stajniach i nie wyprowadzali ich stamtąd, bo każdej chwili mógł się nawinąć żołnierz i konie zabrać. Więc choć ktoś miał jeszcze jakąś szkapinę, nie mógł nią robić w polu czy gdzieś wyjechać, bo zaraz mógł ją stracić. — Pozostałe krowy, świnie, drób zamykano na noc w komorach lub sieniach, skąd trudniej było rabusiom uprowadzić je, bo wobec wzrastającego rozpasania w wojsku, w oborze nie były bezpieczne. — Wozy rozbierano i poszczególne części ukrywano w różnych miejscach, nawet zakopywano w ziemi. Trzeba też było ukrywać naczynia kuchenne, chleb, różne wiktuały, opał, bo gdy wojsko we wsi zatrzymało się i rozkwaterowało po domach, można było wszystko od razu stracić, zostać bez niczego, o głodzie i chłodzie.
Do wielkich strat w gospodarstwach przyczyniło się w znacznej części to, że brak było mężczyzn, którzy mogli jeszcze jako tako chronić swe domy i zagrody przed nadużyciami żołnierskiemi. Wyszli oni do wojska lub wyjechali z podwodami albo przebywali na robotach w Ameryce i wrócić stamtąd w czasie wojny nie mogli, w wielu więc domach pozostawały same kobiety z dziećmi. Gospodynie takie narażone były na wiele kłopotów i udręczeń i broniły się jedynie płaczem i lamentowaniem. Często jednak, bezsilne wobec różnych wybryków żołnierskich, opuszczały swoje domy i przenosiły się do krewnych lub sąsiadów, gdzie w większej gromadzie łatwiej było bronić się. Dużo więc domów w czasie wojny było niezamieszkanych, pustych.
Brak zaprzęgów, ludzi do pracy i kłopoty z postojami wojskowemi sprawiały, że roboty polne, które zwyczajnie kończą się już we wrześniu, jak: kopanie ziemniaków, uprawa pod oziminy, ciągnęły się przez październik i pozostały na listopad. Szczególnie po dworach widać było wielkie opóźnienie w robotach polnych. Nie było bowiem ludzi do pracy, choć płacono dobrze, bo np. przy kopankach najemnik otrzymywał nawet połowę ukopanych ziemniaków. Po dworach też prawie połowa ziemniaków była jeszcze nie wykopana, gdy w listopadzie chwyciły mrozy.
Obok strat materjalnych ujawniały się w czasie wojny z wielką jaskrawością różne wady i grzechy ludzkie. Więc panoszyła się po wsiach zazdrość, z powodu której sąsiad sąsiada wydawał co ma jeszcze w domu, w oborze, w stodole, żeby komu z wojny więcej nie zostało. Zdradzano się wzajemnie dotąd, aż już z każdego gospodarstwa wszystko było wybrane, co się tylko dało zabrać. Krzewiła się też silnie zawiść i złość sąsiedzka. Nie brak jej w czasach zwyczajnych, ponieważ wsie stłoczone na jednem miejscu, pola rozdrobnione, więc jeden drugiemu na karku siedzi, rodzą się kłótnie, procesy i zawiść, przechodząca nieraz z ojców na dzieci, z jednego pokolenia na drugie. Ale w czasie wojny zawiść wybuchła z większą siłą, jeden drugiego oskarżał, starał się zniszczyć.
Tarnobrzeg i okoliczne miasteczka uległy ogromnemu zniszczeniu, zrabowane z nich były podczas pobytu Rosjan sklepy i domy urzędników. Ocalało coś tylko po wsiach dzięki temu, że chłopi zostali na miejscu i bronili, jak mogli, domostwa i zagrody od zniszczenia wojennego. Gdyby chłopi, podobnie jak ludność miastowa, opuścili swoje siedziby, kraj popadłby w większe jeszcze spustoszenie i ruinę.
Od czasu, jak się zaczęło zanosić na wielka wojnę, t. j. od r. 1912, znikła w obiegu moneta złota tak, że w chwili wybuchu wojny i w czasie jej trwania monetę złotą mógł posiadać chyba tylko ten, kto ją schował zawczasu i nie wydawał jej.
W obiegu były tylko pieniądze papierowe, srebrne i niklowe, najwięcej jednak papierowych. Srebrne bowiem, kto otrzymał, starał się je schować, a wydawał papierowe w obawie, że te mogą utracić wartość.
Dlatego brak było monety drobnej, co dotkliwie dawało się odczuwać przy wydawaniu reszty, — więc zaraz w początku wojny wprowadzone zostały drobniejsze pieniądze papierowe, mianowicie dwukoronówki.
Ceny towarów były w pierwszych tygodniach wojny normalne i nie uczuwało się niedostatku żadnego towaru. Gdy przechodziły wielkie armje i na niektóre spożywcze był wielki popyt, a żydzi, korzystając z tego podnosili ceny tych towarów, pociągano ich za to do sądowej odpowiedzialności i ostro karano. Wydawano taryfy cen i ostrzeżenia, że cen nie wolno podnosić.
Gdy jednak wkroczyli Rosjanie i Tarnobrzeg został doszczętnie zrabowany, a nie było dowozu towarów koleją, zabrakło rzeczy potrzebnych do codziennego użytku, jak nafta, zapałki, sól, cukier, mydło, i ceny ich niesłychanie podskoczyły w górę.
Pudełeczko zapałek, które zwyczajnie kosztowało 2 h., podskoczyło na 10 h., litr nafty z 32 h. na 1 k. 80 h., 1 kg. mydła z 80 h. na 3 k. 20 h.
Za litr wódki płacono 8 k. (podczas gdy przed wojną kosztowała 2 k.) i nie można jej było dostać, bo wszędzie była wylana. Niektórzy tylko szynkarze zdołali ukryć pewien jej zapas i garnęli potem za nią pieniądze. Ale i to wnet się wyczerpało.
Ceny produktów gospodarskich podniosły się niewiele: 100 kg. żyta z 16 na 22 k., pszenicy z 26 na 36 k.
Drzewo opałowe było po zwyczajnych cenach, t. j. po 36 k. za sąg. Biednym hrabia sprzedawał taniej, a nawet dawał bezpłatnie.
Drób przewożony wtedy z Królestwa Polskiego był tani: gęsi płaciło się po 1 rublu, kaczki po 30 kop., jaja po 4–5 groszy.
Krowy i świnie były nawet tańsze niż w czasie pokoju, gdyż gospodarze mający więcej sztuk w domu wyzbywali się ich z obawy, że będą zabrane przez wojsko, które przeważnie płaciło mało i zupełnie dowolnie według własnej oceny.
Koni nikt nie chciał kupować, gdyż brano je ciągle do podwód i gospodarz je tracił, bo albo wcale nie wracały, albo wracały wyniszczone, chore. Kupowano tylko od wojskowości po kilka koron konie chore, niezdatne już do żadnej służby wojennej. Konie takie zostawiała też wojskowość po wsiach zadarmo; wiele z nich zdychało. Takie tylko konie utrzymywały się przeważnie u gospodarzy. Z koni wojskowych najmniej wytrwałe okazały się węgierskie, przyzwyczajone do cieplejszego klimatu. Te ginęły masowo.
Przed wkroczeniem Rosjan z urzędów czynne było w pełni starostwo, zajęte jednak było prawie wyłącznie sprawami wojennemi, podobnie jak podwładne mu urzędy gminne. Także poczty i koleje służyły przedewszystkiem wojskowości i wojnie. — W Radzie powiatowej urzędowanie zamierało z dniem każdym. — Sąd urzędował w zmniejszonym składzie, gdyż niektórzy sędziowie powołani zostali na wojnę. Rejent i adwokaci zamknęli kancelarje, gdyż stanęło zawieranie umów, procesy i nie zgłaszały się strony. — Weterynarz przestał zajmować się sprawami zdrowotnymi bydła, nie zarządzał zamknięcia, chociaż panowała pryszczyca. Nauka w szkołach po wakacjach nie rozpoczęła się i szkoły stały pustką lub były zajęte przez wojska.
Po wkroczeniu Rosjan i wyjeździe urzędników, zamarło zupełnie działanie wszystkich urzędów, przy tym tak urzędy, jak majątki różnych stowarzyszeń porzucone były przeważnie na pastwę losów. Ujawniała się w tym często mała dbałość o dobro państwowe i społeczne.