Z mego pobytu w Wiedniu: podróż, wspomnienia i spostrzeżenia z Wiednia, powrót do domu
W końcu pragnąc znaleźć wytchnienie od tej nadmiernej pracy na moje starsze lata, postanowiłem wyjechać na jakiś czas do Wiednia do krewnych, urzędowanie gminne zdać na zastępcę, a dom i gospodarstwo na rodzinę. Aby się do podróży zabezpieczyć, poszedłem 20 października do starostwa w Tarnobrzegu i otrzymałem legitymację, a od komendy wojskowej potwierdzenie.
Dnia 21 października 1914 r. przygotowałem sobie małą walizkę, w której miałem po 3 kawałki bielizny i bochenek chleba razowego. Na krótko przedtem posłałem mego komornika, aby mi w mieście kupił na drogę coś do chleba, bo w domu nic nie było, — ten obiegł całe miasto i nic nie kupił, bo w sklepach także nic nie było. Do stacji w Tarnobrzegu odwiózł mnie mój zięć i to boczną drogą, gdyż była obawa, żeby go przechodzące wojska nie zabrały z tej drogi na podwodę. O godzinie 10 rano byłem na stacji kolejowej, okazałem się legitymacją, bo inaczej na dworzec wstęp był wzbroniony. Na stacji w całym gmachu zastałem pełno słomy i śmieci, stoły, ławki i różne meble powywracane, popsute, prócz jednej stancji, gdzie była ekspedycja wojskowa. Były to jeszcze ślady z pierwszego pobytu Moskali. Patrząc na to wszystko, mimo woli uczuwałem dreszcze po ciele. Chcę się zapytać, kiedy pociąg odejdzie, nie mogę się zmówić, bo wszyscy mówią po niemiecku, wreszcie znalazłem kolejarza mówiącego po polsku i ten mnie poucza, że pociągi idą całkiem nieregularnie i trzeba siedzieć na stacji tak długo, aż będzie szedł pociąg ku Dębicy. Chcę zawczasu bilet kupić, niema kasy, — więc czekam niespokojny i cały ścierpnięty od 10 rano do 5 wieczór. O 5-ej wjeżdża na stację pociąg ciężarowy, mówią, że pójdzie ku Krakowu, ale nikt nie zapowiada, żeby siadać. Widzę jednak, że inni, którzy ze mną czekali, biegną do wagonów, więc i ja za nimi. Widzę tylko wagony do przewożenia bydła, w nadziei, że lepszy znajdę, biegnę wzdłuż pociągu, tymczasem odzywa się sygnał, pociąg ma już ruszyć, więc siadam do najbliższego wagonu. Na szczęście była w nim choć ławka, na której można było siedzieć.
Drugie szczęście, że miałem w tym wagonie za towarzyszy dwóch gospodarzy z pod Tarnowa z Lisiej Góry. Byli to furmani z podwód, czyli »forszpanów«, którzy swemi wozami 3 miesiące na wojnie byli. Opowiadali swoje przygody, jakie przeszli: objechali znaczną część Galicji i Królestwa Polskiego, byli pod Lublinem i Dęblinem. Wkońcu konie im popadały, wozy ostawili, a sami zostali uwolnieni do domu. Opowiadań ich nie opisałby — jak to mówią — na wołowej skórze. Czuli się szczęśliwi, że zobaczą się z swemi rodzinami i swojem gospodarstwem.
Około 4-ej rano jeszcze było ciemno, jak ci gospodarze pożegnali się ze mną serdecznym uściskiem, wyszli z wagonu w Tarnowie i zostałem sam. Zrobiło mi się smutno, bo nie miałem do kogo słowa przemówić, lecz nadzieja mnie pocieszała, że niedługo zacznie dnieć. Zasunąłem drzwi od wagonu, bo był przeciąg i zimno; szczęście, że miałem dobry kożuch i sukmanę. Było ciemno, bo w wagonie nie było żadnego światła. Siedząc na ławie, rozmyślałem. Pociąg nigdzie po stacjach nie stawał, aż około 6-tej stanął w Podgórzu pod Krakowem. Odsunąłem drzwi od wagonu. Rozradowałem się, że już dzień, że jestem już prawie w Krakowie, gdzie spożyję śniadanie. Byłem głodny, bo jak wczoraj rano na prędce wypiłem trochę kawy w domu, tak przebyłem do tego czasu, nie mając nic w ustach. Miałem wprawdzie bochenek chleba, ale twardy, liczyłem na to, że może na stacjach w Tarnobrzegu, Dębicy albo Tarnowie choć ciepłej herbaty wypiję, lecz nadaremnie. Na stacjach wszystko było zrujnowane, brak wszystkiego. Zamiast śniadania, zjadłem w Krakowie zaledwie około 2-ej po południu obiad, bo pociąg jak stanął w Podgórzu około 6-ej rano, tak dopiero około 2-ej po południu ruszył. Godzina za godziną schodziła, a pociąg stał, nie można się było dopytać, kiedy ruszy. W końcu jednak ruszył i niedługo byłem nie tak w Krakowie, ale poza Krakowem, bo pociąg przejechał stację osobową i pociągnął dalej na dworzec towarowy. Zaniepokoiłem się, że jadę gdzieś dalej, patrzę, że niektórzy z wagonów zeskakują, więc i ja naładowałem sobie walizkę we drzwiach wagonu, skoczyłem szczęśliwie i walizkę ściągnąłem. Nie dziw, byłem dość lekki, bo przeszło 30 godzin nie jadłem.
Szedłem następnie do stacji osobowej bez mała tyle, jakbym miał z Podgórza, siadłem na tramwaj i zajechałem do znajomych na ul. Starowiślną. Ci mnie z wielką uciechą i życzliwością przyjęli, nie pozwolili iść do restauracji, ugościli zaraz obiadem i prosili, abym u nich choć 3 dni odpoczął. Zostałem więc i miałem wszelkie wygody. Na drugi dzień poszedłem z uprzejmą gospodynią do sklepu spożywczego, aby kupić i zasłać rodzinie do Dzikowa choć trochę artykułów spożywczych, bo w Tarnobrzegu trudno było o nie. Kupiłem po 25 klg mąki i cukru, po 5 klg ryżu, krupek kaszy, kawy itp., wyrobiłem w magistracie pozwolenie na wysyłkę, bo inaczej kolej nie przyjmowała, i wszystko odesłałem. Napisałem też list, żeby się temi wiktuałami w rodzinie podzielili, że w Wiedniu, gdzie może będzie taniej, kupię więcej itd. Tymczasem i tego nie dostali, ponieważ w pierwszych dniach listopada powiat tarnobrzeski został ponownie zajęty przez Moskali. Paczka — jak się później pokazało — leżała 3 miesiące na kolei w Tarnowie, chodziła potem po Węgrzech, — przyczem znacznie zelżała, reszta wróciła do Krakowa. Kolej za ten przewóz policzyła 24 k. i zawartość więcej już nawet nie była warta. Rodziny więc nie pożywiłem, a wydałem gotówkę, jaką po zniszczeniu wojennem mogłem wziąć z domu.
Z Krakowa popisałem listy do domu, na które nie miałem już otrzymać odpowiedzi i przez długie miesiące nic zgoła nie wiedziałem czy listy moje doszły, czy w rodzinie zdrowi, czy żyją i czem żyją. W niedzielę poszedłem do spowiedzi do kościoła OO. Dominikanów. Tu poznali mnie księża Markiewicz i Masny, którzy byli kiedyś w dzikowskim klasztorze przeorami. I zaprosili mnie na obiad, gdzie się znalazłem w gronie kilkunastu księży. Wszyscy z ciekawością wypytywali się, jak się zachowali Rosjanie w czasie 3-tygodniowego pobytu w Tarnobrzeskiem, a ja, com widział naocznie, opowiedziałem. 27-go wyjechałem do Wiednia. Podróż była dosyć wygodna, bo podróżnych było niewiele, tylko prawie sama służba kolejowa. Przyjechałem do Wiednia tego samego dnia o 11-tej w nocy.
Gdym pierwszą noc przenocował u krewnych, którzy już od 20 lat mieszkali w Wiedniu, przeliczyłem swój pulares, w którym znalazłem wszystkiego kilka koron, tyle na cały pobyt w Wiedniu i podróż z powrotem. Jednak nadzieja mnie pocieszała, że niedługo powrócę do domu, a tymczasem potrzebny kapitał pożyczę sobie u krewnych. Miałem też uczucie, że znalazłem się z dala od linji bojowej.
Nagle 1 listopada w nocy przyjeżdżają z Dzikowa dwie siostry moich gospodarzy, weszły z wielką trwogą i opowiadają, że wojska austrjackie cofają się, że z różnych stron doradzają, aby się ludność wynosiła do dalszych okolic, a szczególnie panny, młode kobiety i mężczyźni należący do poboru wojskowego, gdyż Moskale nadciągają, — że do Krakowa osób cywilnych już nie wpuszczają itd. Tu dopiero mrówki przeszły mnie po ciele i uczułem trwogę, myśląc, co się tam teraz z rodziną dzieje. Jak tę noc do rana przespałem, można się domyśleć. Na drugi dzień poszedł mój gospodarz przybyłe panny zameldować na policji, a tam zaznaczyli, że w tem mieszkaniu może być najwięcej 6 osób. Byłem więc w nowem zmartwieniu, bo przecież bliższe musiały być siostry niż ja, więc proszę gospodarza, aby mi wyszukał inną stancję, tylko u znajomego i u Polaka, abym się mógł z nim rozmówić. Jakoż pojechaliśmy tramwajem do XI obwodu i znalazłem tam stancję u Polaka, pochodzącego z Jarosławia, a zamieszkującego w Wiedniu od lat 19, zatrudnionego przy tramwajach miejskich. Stancja ta z wiktem kosztowała mnie 17 k. tygodniowo. Mieszkałem tam do 19 stycznia 1915 r., było mi nie najgorzej, mogłem się rozmówić po polsku, do moich gospodarzy przywiązałem się jak do krewnych.
Lecz byłem zmuszony postarać się o jaką zapomogę, aby nie liczyć tylko na pożyczkę, — więc 6 listopada wybrałem się do Ministerstwa Polskiego, gdzie dawali wsparcie emigrantom galicyjskim. Gdym tam przyszedł, włosy mi na głowie stanęły: cała ulica była zapełniona ludźmi różnej narodowości: żydowskiej, ruskiej, polskiej, policjanci puszczali do gmachu tylko po kilka osób, tak, że trzeba było cały dzień stać w natłoku, żeby się dostać do wnętrza i to dopiero do zapisania się i po kartkę, a gdzieindziej iść po pieniądze. Przytem cała zapomoga wynosiła 4 k. na 2 tygodnie.
Gdym stał z godzinę i już zwątpiłem, czy się do tej zapomogi docisnę, przystąpił do mnie niespodzianie hr. Zygmunt Lasocki, który był starostą w naszym powiecie, a wówczas był radcą ministerjalnym w Wiedniu i posłem do parlamentu z naszego okręgu, i zapytał mnie, co tu robię, czy biorę zapomogę, a gdym odpowiedział, że właśnie chcę się starać o nią, wziął mnie pod ramię i polecił iść z sobą. W jednej chwili przeszedłem z nim kordon policji i znalazłem się na III-cim piętrze w gmachu Ministerstwa galicyjskiego. Tu zatrzymałem się w poczekalni, on zaś wszedł do kancelarji, skąd wyszedł po chwili mówiąc, że jako wójt będę należał do innej kategorii zapomogowej. Zeszliśmy na dół i wkrótce tramwajem zajechaliśmy do Ministerstwa na Schauflergasse. Tam po zapytaniu, czy jestem sam, czy z rodziną, dano mi asygnatę z oświadczeniem, że będę pobierał w Wiedniu tytułem zapomogi 20 k. tygodniowo.
Nadto hr. Lasocki dał mi adres starszej hr. Tarnowskiej z Dzikowa, którą zaraz nazajutrz odwiedziłem, czem się bardzo ucieszyła, — a ja również od tego czasu uczułem się w Wiedniu swobodniejszym i weselszym, dziękując Bogu, że się zetknąłem z takimi osobami, które mi pomogły, abym pobyt w Wiedniu miał zabezpieczony. Trapiła mnie tylko myśl o rodzinie i całej gminie, co się tam z niemi dzieje, czem żyją i prosiłem Boga, aby się wojna wkrótce skończyła, aby szczęśliwie do domu wrócić, zastać przy życiu i zdrowiu rodzinę i wszystkich znajomych, z nimi według przeznaczenia Bożego resztę dni dożyć, pomiędzy nimi umrzeć i w swojej ojczystej ziemi być pochowanym. Takie życzenia i pragnienia miałem przez cały czas mego pobytu w Wiedniu. A pobyt ten z konieczności przedłużał się z powodu powtórnego wkroczenia Moskali do powiatu tarnobrzeskiego i dalszych.
Byłem w tej stolicy naddunajskiej po raz pierwszy, więc wzrok mój przykuwały zarazem jej osobliwości. Zaraz na wstępie od strony Krakowa zasługuje na uwagę dworzec kolejowy tak pod względem wyglądu, jak i urządzeń pierwszorzędnych. Z kościołów wybija się powagą i okazałością kościół św. Szczepana. Polakowi jednak najmilszy zawsze kościółek OO. Zmartwychwstańców na Rennweg; gromadziło się też tam dużo naszych rodaków, zwłaszcza w święta uroczyste. Trudno pominąć także kościółek polski na wzgórzu Kahlenberg, które ożywiało się szczególnie w niedzielę podczas lata. Z innych budowli zwracają na siebie uwagę: ratusz w I dzielnicy, parlament, muzea przyrodnicze, historyczne. Jednakże stary zamek (Burg) wcale nie wyglądał na siedzibę potężnych Habsburgów i okazalej przedstawia się nasz Wawel w Krakowie. Dużo też jest w Wiedniu pomników, wśród których szczególną okazałością odznacza się pomnik cesarzowej Marji Teresy. Miasto zdobią piękne parki, między któremi głośny jest Prater, obfitujący w różne urządzenia rozrywkowe. Do takich urządzeń rozrywkowych należy też t. zw. Riesenrad (olbrzymie koło), wystrzelający ponad wieże kościelne z przymocowanymi klatkami, z których można ogarnąć wzrokiem cały Wiedeń.
Wiele czasu spędzałem chodząc po kościołach, do niemieckiego, czeskiego, a przedewszystkiem do polskiego, modląc się gorąco, aby Bóg zlitował się nad ludem i dał wkrótce szczęśliwy koniec wojny i spokój. Ale nie tylko ja się modliłem, bo gdzie tylko wszedłem do kościoła, wszystkie przepełnione były ludem niemieckim, polskim i czeskim, który wspólnie w tej samej intencji zanosił gorące modlitwy ze łzami w oczach.
Na szczególną uwagę zasługują polskie uroczyste nabożeństwa odprawiane w tym czasie. Dnia 10-go stycznia 1915 r. było uroczyste nabożeństwo w kościele polskim OO. Zmartwychwstańców z polecenia Ojca św. Benedykta XV do Serca Jezusowego. Nabożeństwa trwały cały dzień, z wystawieniem Najśw. Sakramentu i dwoma kazaniami. Kościół przepełniony był polskim ludem. Było ślubowanie wszystkich za głosem kaznodziei, że się będą modlić dwa razy dziennie do Serca Pana Jezusa na intencję rychłego i szczęśliwego pokoju. — 6-go lutego odprawił ks. biskup Bandurski w kościele św. Michała żałobną mszę św. w asyście sześciu księży za poległych w boju. Po mszy św. miał prześliczne kazanie o Polsce, podnosząc, że Polska musi być przywróconą, a przemawiał z takim zapałem, że każdemu rzęsiste łzy z ócz padały. Kościół, choć wielki, tak był przepełniony ludem, że nie było gdzie palca wetknąć i cisza podczas kazania była największa, tak że zdawało się, iż lud nie tylko uszami słucha, ale każde słowo kaznodziei ustami do serca wciąga. Kazanie to do głębi lud wzruszyło. Po kazaniu wszystek lud donośnym głosem zaśpiewał: »Boże Ojcze, Twoje dzieci« tak rzewliwie, że cały kościół drżał, a ks. biskup póty z ambony nie zszedł, aż lud pieśni dokończył. Po nabożeństwie wychodził każdy w największym ducha skupieniu, a przed kościołem uczestnicy witali się nawzajem serdecznie, tak że cała rzesza tego ludu wyglądała jakby jedna rodzina.
Z początkiem marca odprawił ks. biskup Bandurski w kościele św. Michała 8-dniowe wieczorne rekolekcje, na których rozbierał »Ojcze nasz«. Wykład ks. biskupa był tak gorliwy i wzniosły, że kto był na jego kazaniu raz, to się starał, aby ani jednego przez cały czas nie opuścić. Toteż ludu polskiego na żadnem nie brakło, zawsze kościół był napełniony.
Dnia 3-go maja odprawił ks. biskup Bandurski w kościele św. Michała nabożeństwo z kazaniem na uczczenie rocznicy Konstytucji 3-go maja. Było to ostatnie nabożeństwo, na którem byłem obecny w Wiedniu, ale chyba zachowałem je w sercu i w pamięci do śmierci i wnioskuję, że wszystkim, którzy byli obecni, wyryło się ono na zawsze w pamięci. Kościół tak był przepełniony ludem, że brak było miejsca dla stojących. Mówili, że dość było i Niemców, którzy polską mowę rozumieli i chętnie słuchali. Ksiądz biskup zaczął sumę o 10-ej z wystawieniem Najśw. Sakramentu przy asyście 4-ch księży. Ołtarz był wspaniale oświecony. Po sumie prosto od ołtarza w ornacie wyszedł na ambonę, rozbierał znaczenie i doniosłość Konstytucji 3-go maja. Tak krzepił ducha zgromadzonemu narodowi, a głos jego tak był donośny i przenikliwy, że każde słowo można było słyszeć nie tylko w kościele, ale i na dworcu przed kościołem. Lud słuchał z zapartym tchem, z głębi piersi dobywało się łkanie i po twarzach spadały kropliste łzy. Zdaje mi się, że nie znalazłby w kościele słuchacza, żeby nie był do głębi wzruszony. Po ukończeniu kazania zaśpiewał ks. biskup głosem donośnym na ambonie: »Boże Ojcze Twoje dzieci« i »Kto się w opiekę podda Panu swemu«. Nie zapomnę nigdy tej chwili nad wyraz wzruszającej, jak lud ogromnym głosem śpiewał, organy grały, że zdawało się, iż mury kościelne dygoczą, a biskup ciągnął z ludem ten śpiew tak, że wśród wszystkich głos się jego przebijał i nie zeszedł z ambony, aż wszystkie pieśni z ludem odśpiewał. Nie zapomnę też, jak ks. biskup zwrócony do ołtarza, gdzie był wystawiony Najśw. Sakrament, modlił się, prosząc Boga o zwycięstwo dla dobrej sprawy, a lud wspólnie ciągnął za nim. Była to ostatnia chwila do głębi wzruszająca. Toteż po ukończeniu nabożeństwa, gdy ludzie powychodzili z kościoła, nikt się nie spieszył do domu, ale prawie wszyscy zatrzymali się przed kościołem, witając się wspólnie serdecznie, na twarzy każdego można było odczytać miłość braterską i miłość Ojczyzny.
Co do duchowieństwa niemieckiego, zauważyłem, że księża niemieccy czy to w dnie uroczyste, czy powszednie odprawiają msze św. i nabożeństwa bardzo gorliwie i z wielką powagą, nigdzie się nie oszczędzają, nie żahiją pracy w naukach, kazaniach, a szczególnie dbają o młodzież szkolną, prowadzą ją często w parach uroczyście do kościoła, dzieci idą do spowiedzi i komunji św. pięknie ubrane, ze świecami w ręku, w kościele ksiądz stoi w środku wśród młodzieży przez czas nabożeństwa, odmawia wspólnie modlitwy, śpiewają bardzo ładnie. Kościoły utrzymują w największym porządku i czystości tak, że gdy się wejdzie do kościoła, oczy nie pozwalają prędko wyjść z niego. Szczególnie warto widzieć groby w Wielkim tygodniu i ołtarze Matki Boskiej w maju przecudnie ubrane; chęć wówczas bierze, aby do coraz innego kościoła wstąpić, bo w każdym zdaje się inaczej i piękniej grób czy ołtarz przybrany, jakby na zwabienie oka ludzkiego.
Do którego kościoła wstąpiłem, wszędzie codzień na mszach i innych nabożeństwach zastawałem pełno ludzi, którzy poważnie i gorąco byli w modlitwie zatopieni. Widać było, że niektóre panie i panowie pochodzili z arystokracji, a nie wstydzili się na głos odmawiać modlitw i śpiewać wspólnie.
Lecz może się nie pomylę, gdy powiem, że z liczby zamieszkałej w Wiedniu ludności rzymsko-katolickiej tych, którzy żyją według przykazań bożych i kościelnych i zachowują je, jest zaledwie 20 proc. czyli 5-ta część, zaś 80 proc. tylko z imienia są katolikami. Gdy przyszła niedziela, nawet gdy w kościołach odprawiało się nabożeństwo, jechało dosyć wozów naładowanych nawozem, drzewem, cegłą, różnemi towarami, inni siedzieli w kawiarniach, restauracjach. Ci ludzie mało na to zwracają uwagi, a może i nie chcą wiedzieć, że to jest niedziela-święto, zapominając o trzeciem przykazaniu Bożym.
Jest też w Wiedniu wiele małżeństw dzikich, które siedzą na wiarę całemi latami, nie brak dzieci nieślubnych. Dopiero wielu napędziła wojna do zawarcia ślubów małżeńskich, bo gdy powołano mężczyzn do wojska, wtenczas dopiero masami brano śluby, nawet polowe, a to dlatego, żeby żony i dzieci brały zasiłek przez czas wojny. Ale czy po wojnie te stadła małżeńskie będą ze sobą żyły, jak prawo Boże nakazuje, to jest pytanie, skoro powiadano mi, że jest dosyć takich małżeństw, co się nawet po latach rozwodzą, — ona wyszuka sobie innego mężczyznę, a on inną kobietę, co pomiędzy Polakami mniej się trafia.
Pod względem pracowitości, oszczędności, czystości czy porządku, jak również przemysłu i handlu, Niemcy mogą nam służyć za wzór. Mężczyźni, a osobliwie kobiety są pracowite, tak że wiele prócz domowego ma jeszcze zarobkowe zajęcie i wspólnie pomaga do utrzymania domu i dzieci. W sąsiedztwie, gdzie początkowo mieszkałem, był masarz i stolarz, właściciele kamienic, ludzie bogaci, a jednak cały dzień pracowali w fartuchach i z zakasanemi rękawami, razem ze swoimi robotnikami. Masarz dawał córkom po kilkadziesiąt tysięcy koron w posagu. — Kobiety są oszczędne, w dnie powszednie ubierają się skromnie, nie wdziewają żadnych drogich ubrań i kapeluszy na głowę, dopiero w święto ubierają się według swego stanu i zamożności. Nawet w ofiarności dla ubogich są nadzwyczaj oszczędne. Słyszałem od Polaków w Wiedniu zamieszkałych, że jest u Niemców we zwyczaju, iż rzadko biednego większym datkiem obdarzają jak 2 h., podczas gdy u nas rzuca się większe datki. — Co do czystości i porządku, to jest u nich na pierwszem miejscu, tak w domu, jak na ulicach. Wszędzie trzymają wzorowy porządek i czystość i kochają się w kwiatach żywych. — Zajmują się przemysłem i handlem, mają różne fabryki, warsztaty, składy i sklepy, wszystko niemieckie, ciągną z tego wielkie zyski i bogacą się, gdy my wyręczamy się w tem wszystkiem żydami, nie mamy polskiego przemysłu i dlatego biedę klepiemy.
Jednakże Niemcy, szczególnie niższej klasy, byli bardzo nieprzychylni dla Polaków z Galicji, którzy wyemigrowali z powodu wojny, zmuszeni nieraz do tego przez władze wojskowe, pozostawiając w kraju cały swój dobytek na pastwę losu i zniszczenia. Okazywali tę swoją nienawiść na ulicach, a zwłaszcza w parkach, mówili: »Polskie świnie, przyszli do Wiednia, obżerają nas i robią drożyznę«. Doznałem też na sobie tej nieprzychylności. Zamieszkałem — jak wspomniałem w 11 obwodzie u rodziny polskiej i zdawało mi się, że jestem u swoich najbliższych przyjaciół i będę tak długo, aż będę mógł do domu powrócić. Jednak doznałem zawodu i dosyć zmartwienia, bo jednego dnia oświadczyła mi moja gospodyni zmartwiona, że jej właścicielka kamienicy wypowiada mieszkanie, które już od 9 lat zajmuje i przed rokiem własnym kosztem odnowiła, z powodu, że ludzi z Galicji przyjmuje na stancję. Chciała iść prosić, abym jeszcze choć z miesiąc mieszkał, dopóki innego mieszkania nie znajdę. Ale ja, nie chcąc, by o to Niemców prosiła, postarałem się o mieszkanie, także u Polki w 3 obwodzie. Tam mieszkałem 5 miesięcy, czyli do końca mego pobytu w Wiedniu. Ale i tu zauważyłem, że Niemcy, którzy w tej kamienicy mieszkali, poglądali na mnie okiem nieprzychylnem, jak na wilka, chociaż zachowałem się cicho i spokojnie a stróżce dałem kilka razy po koronie za to, że zamiatała ganek, którym przechodziłem. Pomyślałem sobie: »My tu z Galicji w tych czasach nieszczęśliwych schroniliśmy się do was, a wy nas tak przyjmujecie, nie pamiętacie tego, jak przez długie lata z Galicji posyłaliśmy wam, cośmy wychowali najlepszego: wieprze, woły, cielęta, drób, jaja i to po niskich cenach. Oni narzekali, że ich objadamy, ale my żyliśmy zupą, za którą umieli dobrze rachować, i wogóle za wszelkie towary, nawet liche, kazali sobie dobrze płacić. Ilu było emigrantów z Galicji, to każdy zostawił po kilka setek za liche pożywienie, stancje i t. d., i można śmiało powiedzieć, że obywatele wiedeńscy na tym nic nie stracili, owszem, dużo zyskali, bo wszystkie kapitały, jakie ze sobą przywieźli emigranci, wszystkie zapomogi, jakie rząd wydał zostały w kieszeniach przemysłowców i kupców wiedeńskich.
Szczęście dla narodu było wielkie, że znalazło się wiele szlachetnych i dobroczynnych osób, szczególniej z wyższych stanów, które za dobrodziejstwa, świadczone w owym krytycznym czasie, zasłużyły na wdzięczność biednego narodu. Pozakładano kuchnie tanie, a dla bardzo biednych bezpłatne, panie i panny ofiarowały swoje usługi dla gości, każdy dostał herbaty, kawy, a na obiad więcej potraw. Ja korzystałem przez 5 miesięcy z takiej polskiej jadalni na ul. Tiefer-Graben, płaciłem 50 h. za obiad, który się składał z zupy, mięsa ze sosem i małej leguminy. Było to wszystko smaczne, bo był ścisły dozór, wiktowało się przeszło 600 osób: księży, nauczycieli, urzędników i t. p. Kuchnia była założona z pieniędzy składkowych, przewodniczącemi były: hr. Stanisława Mycielska i Zygmuntowa Zamoyska, a między usługującemi paniami były: hrabianki Tarnowska i Siemieńska, które znałem z Dzikowa.
Wogóle w czasie pobytu w Wiedniu miałem szczęście spotykać się z wielu wybitnemi osobami. Przedewszystkiem odwiedzałem starszą hrabinę Zofję Tarnowską, która przebywała wtedy w Wiedniu z córką Zofją Siemieńską i wnuczkami. Od początku była bardzo uradowana mojem odwiedzeniem, a szczególnie myśląc, że mam wiadomości z Dzikowa, tymczasem ja także chciałem się czego o Dzikowie dowiedzieć i sądziłem, że ona ma prędzej od kogo wiadomości, co się w Dzikowie dzieje, ale o wiadomości było trudno. Przyrzekła mi tylko, że skoro otrzyma jakąkolwiek wiadomość, to się każdą najmniejszą, choćby słówkiem ze mną podzieli. W Wielką Sobotę otrzymałem od niej zaproszenie na święcone, gdzie znalazłem się przy stole z jej rodziną, bawiącą wówczas w Wiedniu, co było dla mnie wielką pociechą, że w tym krytycznem położeniu znalazłem życzliwość tak czcigodnych osób, co też do zgonu zachowam w pamięci.
W Wiedniu spotkałem się z hr. Stan. Tarnowskim, prezesem Akademji Umiejętności, który mnie serdecznie uściskał i był bardzo zadowolony, jak również ja, z tego spotkania. Spotkałem się też ze Zbigniewem Horodyńskim, marszałkiem Rady powiatowej tarnobrzeskiej, a powitanie nasze i rozmowa były również czułe i serdeczne. Prócz tego spotkałem się z Józefem Kadenem, pełnomocnikiem dóbr dzikowskich, który starał się dopomóc mi we wszystkiem po przyjacielsku. Spotkałem się z Aleksandrem Brodkiewiczem, dyrektorem browaru dzikowskiego, i w domu Brodkiewiczów byłem parokrotnie życzliwie i gościnnie przyjmowany. Również z bardzo życzliwem przyjęciem spotkałem się w domu dra Adwentowskiego, prof. szkoły realnej w Tarnobrzegu, a pani Adwenlowska była tak dobra, że gdym się kiedy z odwiedzinami spóźnił, przysyłała służącą z zapytaniem, czy nie jestem chory. Stykałem się często z Janem Polańskim, zarządcą urzędu podatkowego z Sambora, który jako ewakuowany mieszkał w Wiedniu przez czas pobytu Rosjan w Galicji. Był to człowiek szczerze życzliwy, religijny, — odwiedzał mnie w mojem mieszkaniu, ja również zachodziłem do niego i tak spędzaliśmy czas na pogawędkach pożytecznych.
Kilka razy byłem we własnym interesie w Ministerstwie galicyjskiem na Rennweg, gdzie miałem sposobność poznać sekretarza w temże Ministerstwie, Edwarda Neumana, człowieka nadzwyczajnej pracowitości i szczerze życzliwego szczególnie dla polskiego ludu włościańskiego, o czem przekonałem się nie tylko we własnych sprawach, ale widziałem, że wszystkim interesowanym mimo ciżby służył doradą, spisywał protokóły i każdemu w jednej chwili chciał sprawę załatwić i przyjść z pomocą. — Chodziłem też przez 8 miesięcy na Schauflergasse, gdzie pobierałem tygodniową zapomogę i gdzie otrzymywało zapomogę bardzo dużo uchodźców z Galicji: jak nauczyciele, kanceliści, woźni, emeryci i t. p. W tej właśnie kasie miałem sposobność poznać 5-ciu urzędników. Bardzo mi żal, żem sobie nazwisk nie zanotował, że przeto nie mogę ich wpisać do »Pamiętników«. Byli to Polacy, którzy jakby dobrani byli, bardzo pilni, w mowie łagodni, pomimo, że codzień był duży natłok. Załatwiali wypłatę z łagodnością i przychylnie, udzielali wszelkich rad, badali każdego, czy ma wygodne pomieszkanie, opał, wskazywali mieszkania, płatne z kasy rządowej, dostarczali węgla, na życzenie emigrantów wyszukiwali zajęcia, tak żeby każdy prócz pobieranej zapomogi miał sposobność i mógł tyle zarobić, aby choć oszczędnie się wyżywił, — słowem, starali się o wszystko, nie licząc się z tem, że coś nie wchodziło w zakres ich obowiązków. Wszyscy, których tu wymieniam, byli urzędnikami nie tylko z tytułu, ale prawdziwymi opiekunami ludzi znękanych, w obcy kraj wojną z domu zagnanych. Więc niech im za tę pracę Bóg wynagrodzi, — daj też Boże, ażeby wszyscy urzędnicy poszli ich śladem, wtenczas byłoby u nas dobrze i sprawiedliwie.
Prócz tych dostojnych osób, z któremi miałem sposobność w Wiedniu żyć i stykać się, miałem też gdzieindziej dużo przyjaciół i znajomych, którzy, gdy się dowiedzieli, że jestem w Wiedniu i o moim adresie, często do mnie pisywali. Więc otrzymywałem często listy od prof. Wincentego Lutosławskiego z Francji, który przesyłał listy przez Genewę w Szwajcarii. W ten sposób dochodziły mnie też listy od wnuczki mojej, przebywającej na nauce w domu prof. Lutosławskiego. Pisywał do mnie i przysyłał mi gazety polskie dr Antoni Surowiecki, przebywający w Białej, pisywał sędzia Wincenty Mortka z Przybrama, poseł Wiącek z Pragi i t. d. Prawie każdego dnia otrzymywałem listy i kartki z różnych stron od znajomych emigrantów, ewakuowanych, wojskowych, że trudno nawet wymienić wszystkie nazwiska. Odbierałem tak liczną, miłą dla mnie korespondencję, że się to listonoszowi sprzykrzyło, zaczął narzekać, że sobie do mnie na 3-cie piętro nogi pozrywał. Przyznając mu słuszność starałem się go choć niedużym napiwkiem zaspokoić.
Ale mimo tej korespondencji, pomimo zajmujących przechadzek przez cały czas pobytu tam ani na chwilę nie opuszczała mnie tęsknota za domem i wsią rodzinną. Łaknąłem choćby najdrobniejszej wiadomości o domu swoim, rodzinie i mieszkańcach Dzikowa, czy są zdrowi, czy żyją, czy z głodu nie przymierają, czy mają dachy nad głową. Bo jak z Dzikowa odjeżdżałem, wszystko było przeważnie zabrane, zrabowane, zniszczone, a do Wiednia dochodziła pogłoska, że jak się wojska austrjackie cofały, wszystkie wsie za sobą paliły. Ledwie mnie jedna niepokojąca myśl opuściła, druga nielepsza do głowy się nasuwała. Chciałbym był jednej chwili dostać się do rodzinnego domu i rodzinnej gminy, ujrzeć rodzinę i znajomych.
Nie będąc przyzwyczajonym do życia w wielkiem mieście, a słysząc na każdem miejscu skarżących się, że brak chleba i wszystkich artykułów żywności, że z każdym dniem drożeje, myślałem sobie, że gdyby tak jednego dnia żywności do miasta nie dostarczyli, już by głód zapanował, a gdyby nieprzyjaciel pod Wiedeń podstąpił i żywności nic nie dopuścił, to choć tu człowiek pewniejszy, że od kuli nie zginie, jednak groziła mu gorsza śmierć głodowa. — Paliła mię tęsknota i coraz większe pragnienie, żeby jak najprędzej dostać się do swoich, — jednak wszystko nadaremnie, bo Moskale byli za Krakowem w Karpatach, więc była to zapora, z którą zmagały się miljony wojsk sprzymierzonych, wobec czego czułem się maleńkim drobiazgiem. Więc coraz częstsze robiłem sobie wyrzuty, poco ja ze swego domu i swojej wsi rodzinnej na starsze lata w taki czas wydalałem się, czy nie lepiej umrzeć na swojej ziemi i między swoimi.
Wśród takich tęsknot spada nagłe nadzwyczajnie pocieszna wiadomość, że armje sprzymierzone odniosły wielkie zwycięstwo, że pędzą Moskali z pod Tarnowa, z Karpat itd. Radość była nie do opisania. Otwarła się odrazu możność powrotu do domu. Nie traciłem czasu ani chwili, ale postanowiłem zaraz starać się o legitymację na drogę powrotną. Zachęcali też do powrotu inni, prof. Lutosławski pisał do mnie między innemi: »Bardzo radzę wracać do domu, zawsze tam łatwiej się wyżywić niż w obcem mieście, a nadto gmina potrzebuje swego wójta, by ją rozumnie bronił przed nadużyciami wojsk«.
Więc nasamprzód zebrałem informacje, gdzie starać się o pozwolenie na wyjazd. W Towarzystwie rolniczem otrzymałem potwierdzenie, że jestem rolnikiem i polecenie do powrotu, ale w Ministerstwie wojny odmówiono mi pozwolenia na wyjazd, ponieważ z powiatu tarnobrzeskiego nieprzyjaciel nie był jeszcze wyparty. Potem przez kilka tygodni zachodziłem do tegoż Ministerstwa, żeby się dowiedzieć, czy powiat tarnobrzeski do powrotu otwarty. Wystawałem tam na korytarzach wśród wielkiej ciżby i natłoku, że się omal z nóg nie spadło, — zwyczajnie około godziny 12-tej wychodził urzędnik na korytarz i odczytywał, które powiaty są wolne od nieprzyjaciela, że tylko z tych powiatów mogą czekać na wydanie im legitymacyj powrotnych. Z bólem serca wysłuchałem zawsze zawiadomienia, że powiat tarnobrzeski nie jest jeszcze wolny od inwazji nieprzyjacielskiej, że kto z tego powiatu, to czeka napróżno.
W tem strapieniu zwróciłem się do Ministerstwa Galicji do sekretarza Edwarda Neumana. Gdy mu opowiedziałem, że radbym powrócić w strony rodzinne, spisał ze mną zaraz odpowiedni protokół i przesłał go do Wydziału krajowego w Białej. Na to już 4-go dnia otrzymałem list ekspress, abym bezzwłocznie wyjechał celem objęcia urzędowania w mej gminie. Z tem pismem udałem się do Ministerstwa wojny, w którem mi powiedziano, że mogę tylko wyjechać najdalej do Tarnowa, ale i z tego się ucieszyłem, że będę bliżej domu. Otrzymałem pozwolenie na wyjazd i kartę bezpłatnej jazdy koleją do Tarnowa. Nie tracąc czasu dnia 22 czerwca rano wyjechałem z Wiednia.
Gdy pociąg ruszył, nie interesowały mnie już żadne widoki wiedeńskie, którem opuszczał, tylko pragnąłem jak najprędzej zobaczyć pola obsiane zbożem, bo przez 8 miesięcy ich nie widziałem, a do tego słyszało się ciągle obawy, że będzie głód, bo z powodu wojny grunta leżą odłogiem, a susza do reszty wszystko wypaliła i t. d. Dlatego siadłem w wagonie przy oknie i ucieszyłem się niewymownie, gdy ujrzałem pierwsze pola zbożowe. Od tej chwili rozweseliłem się w duchu, zdawało mi się, żem zdrowie odzyskał i nowe życie wstępuje we mnie. Do samego zmroku wpatrywałem się w pola pokryte zbożami i jarzynami, stwierdzając urodzaje średniej jakości. Gdy przyszła noc, sen nie skleił mi powiek, bo rozpierała mnie radość, że niedługo już zobaczę swoją zagrodę, rodzinę, przyjaciół. Tak 23 czerwca o godz. 11-tej przyjechałem do Krakowa. Po wylegitymowaniu się na stacji otrzymałem pozwolenie na wstęp i 3-dniowy pobyt w mieście. Zamieszkałem jak poprzednio przy ul. Starowiślnej, gdzie na stancji były moje dwie wnuczki, uczęszczające do seminarjum nauczycielskiego. Radość moja była wielka, gdy zjadłem tu chleba żytniego, bo w Wiedniu takiego nie widziałem, tylko z kukurudzy.
W Krakowie obchodziłem 24-go radośnie swoje imieniny i zarazem doczekałem się pociesznej wiadomości, że Lwów od Moskali oswobodzony. Więc z uciechą obchodziłem iluminację miasta i radowałem się, że już do swego domu się dostanę. Z Krakowa wyjechałem 26 czerwca po południu i jechałem bez przeszkody, dopiero pod Tarnowem konduktor mówi mi, że dalej jechać nie mogę i muszę w Tarnowie wysiąść. Ale pokazałem mu pismo Wydziału krajowego, wzywające mnie do objęcia urzędowania w gminie, i wydał mi bilet do Dębicy, dokąd przyjechałem w nocy. Tu dowiedziałem się, że rano odejdzie pociąg z kilku wagonami do Chmielowa, »ale cywilom siadać nie wolno«. Pragnąc zbliżyć się do domu, wsunąłem się do wagonu, rozmyślając, że choć mnie na której stacji wysadzą, to zawsze będę bliżej domu. Jadę. Przychodzi konduktor, pyta się, dlaczegom wsiadł, skoro pociąg tylko dla wojskowych, — ale pokazałem mu wezwanie z Wydziału kraj., — odszedł i zostawił mnie w spokoju.
Tak dojechałem szczęśliwie do Baranowa, 2 mile od Tarnobrzega. Tu spotkałem na stacji magazyniera kolejowego z Tarnobrzega, Rogulskiego, pytam się, czy nie ma jakich wiadomości o Dzikowie i mojej rodzinie. Odpowiada mi, że był w Dzikowie przed 2-ma dniami, dom mój i wszystkie budynki stoją nie spalone, w rodzinie wszyscy żyją i są zdrowi. Radość moja nie do opisania. Jadę jeszcze o jedną stację dalej i o godz. 10-tej rano przyjeżdżam do Chmielowa. Dalej kolej nie idzie, bo tor kolejowy zepsuty. Mam tylko milę do domu, ale piechotą się nie puszczam, bo przeszkadza pakunek. Fury ciężko dostać, bo nikt się z domu nie wychyla, czekam na drodze parę godzin, ledwie mi się trafia furmanka okazyjnie, płacę furmanowi 12 k., ledwie się zdecydował odwieźć mnie do domu. Reszta drogi wypadała przez wsie, w których do 22 czerwca przez 6 tygodni wrzały bitwy. Oczom przedstawił się odrazu obraz ogromnego zniszczenia i grozy. Zaraz za Chmielowem Ocice, w których gospodarstwa ciągnęły się długim szeregiem zupełnie spalone i zrównane z ziemią. Miejscami jeszcze się dym kurzy, żołnierze chodzą po polach, wyszukują w zbożach zabitych i wynoszą na marach. Co kawałek mogiły poległych. Również z Kajmowa, leżącego w dalszej linji nad Wisłą, widać tylko zgliszcza. Miechocin spalony w połowie, pozostałe gospodarstwa rozgrodzone, obdarte, zeszpecone, wyglądają jak po okropnej burzy. W sercu robi mi się smutno, dreszcz po całem ciele przebiega, to mnie jedynie pokrzepia, że zbliżam się do swoich.
Tak 27-go czerwca o 5-ej po południu stanąłem w Dzikowie. Była to niedziela, więc niektórych z rodziny i sąsiadów spotkałem na ulicy, idących z kościoła po nieszporach. Jakie było czułe i serdeczne przywitanie, tego opisać nie mogę, wystarczy gdy powiem, że zeszło więcej niż dwie godziny, nim doszedłem do domu i próg przekroczyłem, gdyż na dworcu opowiadaliśmy sobie wspólnie każdy swoje przygody, któreśmy przechodzili, ja w Wiedniu, oni na miejscu w domu.